Średniowiecze – nie takie wieki ciemne!

 

Kiedy w XV wieku okres rozdzielający antyk od renesansu zaczęto nazywać średniowieczem – określenie to miało wyjątkowo pejoratywny wydźwięk. Wieki średnie uznawano za czas degradacji kultury wysokiej, utożsamiano z epoką ciemności i zacofania. Do dzisiaj zresztą okres między upadkiem cesarstwa zachodniorzymskiego i odkryciem Ameryki kojarzy się z plagą epidemii dziesiątkujących populację Europy i z intelektualnym zastojem. Mimo to moda na średniowieczne rekonstrukcje czy popularność bractw rycerskich nie maleje.

Czyżby wieki średnie wcale nie były tak ciemne i nieprzyjemne jak przedstawia je ocena renesansowych myślicieli? I tak, i nie. Owszem, dziesięć stuleci media tempora nie przyniosło ze sobą wyjątkowych odkryć. Czas ten – zwłaszcza z perspektywy XXI wieku – wydaje się być jednak wyjątkowo magiczny i pociągający. Zwłaszcza, kiedy spojrzy się na średniowiecze przez pryzmat fantastycznych przypowieści i legend, spektakularnych turniejów rycerskich czy (a jeśli nie przede wszystkim) rozwijającego się pod znakiem mody i biżuteryjnego zdobnictwa życia dworskiego.

 

Epoka miecza i krzyża

Feudalizm, teocentryzm kształtujący wizję świata i ideowe wzorce osobowe, hierarchiczność i ogromne znaczenie kościoła, który wpływał na politykę i pełnił funkcję strażnika jedynej wiary – tak, w ogromnym skrócie, nakreślić można dominujące cechy średniowiecza. Poematy rycerskie, apokryfy, pieśni liturgiczne czy tworzone  w myśl maksymy „memento mori” wierszowane  dialogi skutecznie utrwalają jasny obraz, przedstawiający średniowiecze jako epokę hołdującą mocno zarysowanym wzorcom władcy, rycerza i świętego, pokładającą nadzieję w modlitwie i – w obliczu chorób i wojen – trwającą w strachu przed nadejściem śmierci.

 

Biżuteria średniowieczna1

Fot. 1. Biżutera średniowieczna
zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi

Oczywiście, opierając się na najbardziej znanych przykładach średniowiecznej sztuki można wyciągnąć wniosek, że życie w średniowieczu koncentrowało się na wojnach, śmierci, oddaniu Bogu i modlitwie. Jednak czas nazywany też epoką „miecza i krzyża” to także okres rozwoju handlu i wzrostu znaczenia miast. A co za tym idzie – to także epoka wielkich romansów, krwawych intryg, dworskich rozrywek i zapierającej dech w piersiach mody. Także tej biżuteryjnej…

 

Wzorce i ideały

Artyści średniowieczni opiewają w swoich poematach i pieśniach żywoty świętych, bohaterskie wyczyny rycerzy i mądre decyzje władców. Do tych trzech, utrwalonych przez literaturę wzorców wypada jednak dodać jeszcze jeden – wzorzec średniowiecznej kobiety.

Ideałem piękna była w media tempora kobieta w ciąży. Błogosławiony stan dodawał jej wdzięku i kojarzył się z boską brzemiennością. Wyjątkowość ciąży podkreślano więc szczególnymi strojami, które zaznaczały uwydatniający się brzuch i przegięty pod jego ciężarem kręgosłup. Przepasywane pod biustem suknie akcentowały krągłości, a głębokie dekolty (które wbrew pozorom nie były bezwstydne) uwydatniały piersi. Największym faux pas było natomiast pokazanie się publicznie bez nakrycia głowy  (czepka, chustki) i odsłonięcie nóg (przez co średniowieczne kobiety okrywały szczelnie dolną połowę ciała zakładając suknie sięgające do ziemi).

Mężczyźni z kolei dążyli do osiągnięcia sylwetki przypominającej trójkąt osadzony na dwóch, smukłych kolumnach. Szerokie, barczyste ramiona, mocne wcięcie w talii oraz szczupłe nogi podkreślano nogawicami oraz watowanymi na piersiach i ramionach, ale mocno dopasowanymi w pasie kaftanami. Całości dopełniały sięgające ramion, swobodnie spływające włosy lub fryzury en ecuelle – a więc strzyżone (dosłownie i w przenośni) od miski.

Biżuteria średniowieczna2

Fot. 2. Biżutera średniowieczna
zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi

Wśród bogatszych szczególną popularnością cieszyły się ubrania szyte z kilku warstw sukna lub flauszu, mocno fałdowane, ozdabiane wysokimi kołnierzami i fantazyjnymi rękawami. Mimo że technika barwienia tkanin była mocno rozwinięta, unikano ubrań w kolorze żółtym (takie stroje nosili Żydzi i nierządnice). Najpowszechniejsze były stroje neutralnie brązowe, zielone, szare i różowe. Kreacje czarne i czerwone uznawano – przez to, że tkaniny w takich kolorach były najdroższe – za najbardziej ekskluzywne. Najwięksi krezusi stroili się w jedwabne i aksamity, tkane w dekoracyjne wzory i pięknie haftowane. Czuby ich butów były zakończone obowiązkowym szpicem, ale panów noszący obuwie o ekstremalnie długich noskach uznawano za bufonów.

Za symbol bogactwa uchodziło futro. Chłopi mogli sobie pozwolić na baranie kożuchy, mieszczanie – na płaszcze z lisów i wilków, szlachta nosiła futra z bobrów i kun, a krezusi – sobole, gronostaje i popielice. Sposobem na podkreślenie majętności było też złoto, które w średniowieczu zyskało miano najbardziej szlachetnego metalu i obiektu pożądania tajemniczych alchemików.

 

Złoto kontra średniowieczny mrok

Po jednej stronie średniowiecznej barykady należy ustawić przedstawicieli kościoła, świętych i ascetów czy artystów tworzących (często anonimowo) nie dla poklasku, ale ku chwale Boga i w myśl zasady „Ad maiorem Dei gloriam”. Teocentryzm i wynikające z niego podporządkowanie religii wszystkich spraw ziemskich stało się dominujące. Jednak życie najbogatszych warstw pełne było odstępstw od uznanych, obowiązujących reguł i upływało pod znakiem wszelkiego rodzaju luksusów.

Pożądane w średniowieczu złoto było nierozerwalnie związane z godnością królewską i insygniami władzy. Wykonane z tego kruszcu korony symbolizowały mądrość, a osadzane w złocie kamienie skrywać miały w sobie nadnaturalną moc.

 

Biżuteria średniowieczna3

Fot. 3. Biżutera średniowieczna 1 (zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi_)

W średniowieczu wierzono w magiczne i lecznicze właściwości kosztownych minerałów. Sproszkowane rubiny popite winem miały strzec przed chorobami i zbawiennie wpływać na potencję. Pierścienie biskupów i kardynałów wysadzane były szafirami, których kolor nawiązywał do niebiańskości. Dodatkowo, duże, damskie dekolty stanowiły tło dla wisiorów i naszyjników zakończonych ciężkimi, obowiązkowo złotymi i chroniącymi przed działaniami złych mocy krzyżami. Mężczyźni nosili natomiast masywne pierścienie, łańcuchy i naszyjniki, a płaszcze spinali srebrnymi lub złoconymi guzikami.

Popularność średniowiecznych, biżuteryjnych dodatków skrywa w sobie jeszcze jeden, krwawy aspekt. To właśnie na przełomie XIV i XV wieku do Europy dotarły „zabójcze pierścienie”.  Jedną z największych wielbicielek tych budzących grozę dodatków była Lukrecja Borgia – córka papieża Aleksandra VI, znana z rozwiązłości i kazirodztwa morderczyni. To właśnie ona nosiła na palcach pierścionki zawierające w sobie odmierzone porcje śmiertelnej trucizny – przeznaczonej, rzecz jasna, dla wrogów księżnej Ferrary, nazywanej też największą kurtyzaną Rzymu.

 

Średniowieczne inspiracje

Historia wieków średnich nie jest jednoznacznie ponura, nudna, nijaka, naznaczona modlitwą i teocentryzmem. Najdłuższa, nowożytna epoka to nie tylko czas  zaraz i wojen, ale i kopalnia inspiracji z których czerpią współcześni twórcy. Jeśli bliżej przyjrzymy się zarówno życiu mieszczan, jak i losom średniowiecznych władców – odnajdziemy w nich intrygi, miłości i akty bohaterstwa stanowiące gotowy scenariusz popularnych rekonstrukcji. W dziejach średniowiecznych znalazło się też miejsce dla biżuterii, która – swoją formą i dekoracyjnością – wciąż wpływa na dzisiejsze trendy.

Biżuteria średniowieczna4

Fot. 4. Biżutera średniowieczna
zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi

Naszyjniki zwieńczone krzyżem, ozdoby włosów, ciężkie pierścienie, dekorowane klamrami wyroby skórzane czy elementy zbroi rycerskiej (w tym kolczugi) inspirują zarówno projektantów pracujących dla wielkich domów mody, jak i jubilerów, których nawiązujące do mody średniowiecznej precjoza podobają się nie tylko fanom mediewistyki, ale i miłośnikom oryginalnych kosztowności.

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Licencje do zdjęć:
Fot.1. Biżutera średniowieczna 1 (zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi_)
http://www.flickr.com/photos/kotomi-jewelry/2454203039/sizes/z/in/photostream/
 
Fot. 2. Biżutera średniowieczna 2 (zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi_)
http://www.flickr.com/photos/kotomi-jewelry/2642780433/sizes/z/in/photostream/
 
Fot. 3. Biżutera średniowieczna 3 (zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi_)
http://www.flickr.com/photos/kotomi-jewelry/2421269473/sizes/z/in/photostream/
 
Fot. 4. Biżutera średniowieczna 4 (zdjęcie na lic. CC, autor Kotomi_)
http://tinyurl.com/oqreg36
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Chcesz być piękna? Cierp!

 

Tradycja zdobienia ciała na różne sposoby wiekiem dorównuje historii ludzkości. Szczególnie w tym względzie celujemy my – kobiety. A im bardziej chcemy się podobać sobie i innym, tym częściej sięgamy po pomysły, które nie tylko naszym prababciom, ale nawet naszym mamom w ogóle nie przyszłyby do głowy.

Pierścionki, kolczyki, bransoletki – choćby nawet najpiękniejsze – dziś są czymś całkowicie normalnym. Wybór jest olbrzymi, ceny zróżnicowane, zatem każda z nas bez wątpienia znajdzie wśród nich coś dla siebie. Zdarzają się jednak momenty, kiedy te „zwykłe” środki przestają nam już wystarczać. I czasem dla piękna musimy się nieźle nacierpieć…

 

Ucho i co jeszcze?

Jedną z najpopularniejszych metod upiększania ciała jest piercing, czyli po prostu kolczykowanie. Tradycyjnych przekłuć w płatkach uszu do piercingu się nie zalicza, ale już kolczyk w łuku brwiowym – tak.

Kiedy tak naprawdę pojawiły się pierwsze kolczyki, w zasadzie nie wiadomo. Były obecne w niemal wszystkich kulturach i wszystkich okresach dziejowych, ale początków mody na kolczykowanie można dopatrywać się w starożytności. Wówczas co bogatsi przedstawiciele społeczeństwa ozdabiali swoje uszy złotą i srebrną biżuterią, „pospólstwo” zaś musiało zadowolić się mniej wyrafinowanymi dekoracjami wykonanymi z kości zwierząt lub ptasich piór.

 

Piercing

Fot. 1. Piercing
zdjęcie na lic. CC, autor sunshinecity

Skoro jednak można przekłuwać płatki uszne, to można także inne fragmenty skóry. Ktoś kiedyś uznał, że kolczyk w uchu jest zbyt powszechny i nie robi na nikim większego wrażenia. Narodził się piercing, który polega na wprowadzaniu ozdób – najczęściej tytanowych, ze stali chirurgicznej, teflonu lub bioplastu – w miejsca czasem dość nietypowe.

„Łagodniejsze” formy piercingu obejmują między innymi kolczyki w łuku brwiowym, pępku (a raczej tuż pod lub nad nim), nosie, wardze czy języku. Amatorzy bardziej radykalnych modyfikacji fundują sobie biżuterię w języku, sutkach (niektórzy twierdzą nawet, że zwiększa to ich doznania erotyczne) czy… w miejscach intymnych!

Problem z piercingiem polega na tym, że wraz ze wzrostem jego popularności wśród młodych ludzi nie idzie świadomość konsekwencji. O ile przekłucie uszu jest prostym, niemal bezbolesnym zabiegiem, który – wykonany w prawidłowych warunkach – w zasadzie nie grozi żadnymi komplikacjami, o tyle powikłania po piercingu przeprowadzonym niefachowo lub bez zachowania wystarczającej higieny mogą być dość poważne. Tym bardziej, że otwory w niektórych – szczególnie tych bardziej „nietypowych” – miejscach goją się nawet miesiącami i wymagają szczególnej dbałości.

Warto też wiedzieć, że jeśli ktoś proponuje nam piercing (poza, rzecz jasna, tradycyjnym przekłuwaniem uszu) za pomocą tak zwanego pistoletu, to lepiej trzymać się od takiego „specjalisty” z daleka. Pistoletu w piercingu nie stosuje się w ogóle, ponieważ poważnie uszkadza on tkankę skórną, co znacznie utrudnia (a nawet – uniemożliwia!) gojenie się rany Dlatego stosuje się zawsze specjalną igłę lub wenflon, a czasem skalpel chirurgiczny.

Oczywiście skoro piercing, to i biżuteria. Tu zdecydowanie królują różnego rodzaju pierścienie i sztangi. I choć wydaje się, że to proste kształty, to amatorzy takich ozdób zdecydowanie mogą liczyć na wyobraźnie jubilerskich mistrzów, którzy nawet z najbardziej prozaicznych elementów potrafią wyczarować prawdziwe cuda!

 

Zrób sobie ciało

Podświadomą potrzebę ciągłego poprawiania własnego ciała mamy w sobie chyba wszyscy. Pierwsze skojarzenie z tym tematem to oczywiście operacje plastyczne, ale nie o nich będzie mowa. Otóż wspomniany wcześniej piercing uznaje się za część nurtu zwanego „body modification”, czyli modyfikacją ciała. Tyle tylko, że jest on chyba jedną z najłagodniejszych jego form!

Mówiąc najogólniej: „body modification” ma na celu stałe (lub przynajmniej utrzymujące się przez dłuższy czas) zniekształcenie ciała, co – przynajmniej w zamyśle – ma nieść ze sobą skutki estetyczne. Mocno protestują przeciwko takim praktykom środowiska lekarskie, czemu zresztą trudno się dziwić – bo o ile tunele w uszach nie wywołują już niczyjego zdziwienia, o tyle nacinanie i odcinanie fragmentów ciała, celowa deformacja kości czy wszczepianie pod skórę nieprzebadanych i niezatwierdzonych medycznie implantów może być zwyczajnie niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Nie mówiąc już o tym, że w skrajnych przypadkach bywa objawem groźnych zaburzeń psychicznych.

Modyfikacje ciała

Fot. 2. Modyfikacje ciała
zdjęcie na lic. CC, autor izatrini_com

Wróćmy jednak do meritum. Wśród najpopularniejszych zabiegów „body modification” znajduje się implantacja, czyli wspomniane wszczepianie pod skórę rozmaitych elementów. Mnóstwo przykładów tego typu modyfikacji można znaleźć w internecie. Zwykle są to rozmaite „wstawki” mające mniej lub bardziej uwypuklić niektóre części ciała lub zmienić ich kształt. Często bywają one łączone z elementami biżuteryjnymi. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, przykładem mogą być chociażby „rogi”, czyli wszczepione pod skórę czaszki (najczęściej w okolicy czoła) silikonowe elementy – skóra je otaczająca może być ozdobiona błyszczącymi sztyftami, a nawet… kamieniami szlachetnymi!

 

Kto się boi dentysty?

Czasy, gdy wizyta w gabinecie stomatologicznym kojarzyła nam się wyłącznie z bólem i „zgrzytaniem zębów” dawno już minęły. Nowoczesne technologie dostępne w większości przychodni pozwalają nam czuć się bezpiecznie i komfortowo. Ale – jako się rzekło – „body modification” to zabiegi od medycyny dalekie, zatem próżno spodziewać się ich w dentystycznych gabinetach. Niemniej jednak modyfikacje zębów robią ostatnio oszałamiającą karierę.

O ekstremalnych zmianach, takich jak barwienie uzębienia na ekstremalne kolory czy nadawanie zębom nienaturalnych kształtów mówić tu nie będziemy. O dziwo jednak jest taki zabieg, który faktycznie – w przeciwieństwie do większości zmian w ramach „body modification” –  można przeprowadzić w gabinecie dentystycznym. To zakładanie biżuterii nazębnej.

Ozdoby tego tego typu biją ostatnio rekordy popularności. Zwykle są to malutkie arcydzieła biżuteryjne wykonane z żółtego lub białego złota czy szlachetnych kamieni, ogromnym powodzeniem cieszą się też kryształki Svarovskiego. Ich aplikacja jest na szczęście procesem całkowicie bezpiecznym i raczej bezbolesnym, a na dodatek – odwracalnym. Nie jest za to tania, bo zarówno zabieg, jak i ozdoby trochę kosztują, ale czego nie robi się dla urody? Z dwojga złego zresztą lepiej, by cierpiała nasza kieszeń niż my same…

 

Ach, ten w oku błysk…

Najnowsza moda to wszczepianie ozdób w… gałkę oczną. Bezpieczeństwo takiego zabiegu nie zostało w żaden sposób potwierdzone, toteż dotąd legalnie można go przeprowadzić w stosunkowo niewielu miejscach – między innymi w niektórych częściach Stanów Zjednoczonych oraz w Holandii. Idea polega na umieszczeniu pomiędzy spojówką a twardówką oka malutkiego (około 3,5 milimetra średnicy) implantu biżuteryjnego wykonanego z platyny.

Ozdabianie gałki ocznej1

Fot. 3. Ozdabianie gałki ocznej
zdjęcie na lic. CC, autor izatrini_com

Najpopularniejsze wzory to podobno serduszko, gwiazdka i półksiężyc, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by wybrać coś innego. Tyle tylko, że sam proces wszczepiania ozdoby jest – po pierwsze – dość skomplikowany, a po drugie – niebezpieczny. Nie są też do końca znane jego konsekwencje. W prawdzie sama platyna jest metalem obojętnym dla organizmu ludzkiego, niemniej jednak nawet chwilowe rozdzielenie spojówki i twardówki i umieszczenie pomiędzy nimi obcego ciała może w przyszłości prowadzić do pogorszenia wzroku, a w skrajnych przypadkach – nawet utraty oka!

Lekarze są bardzo sceptyczni wobec tej nowej mody, ale – ponieważ zabiegi są bardzo drogie (kosztują kilka tysięcy dolarów) a popyt na nie coraz większy, to nie brakuje medyków chętnych do ich prowadzenia. Podobne modyfikacje wykonują też czasem osoby zawodowo zajmujące się „body modification”, ale jeśli w ogóle warto ryzykować, to zdecydowanie lepiej chyba zaufać doświadczonemu chirurgowi ocznemu.

 

Ozdabianie gałki ocznej2

Fot. 4. Ozdabianie gałki ocznej
zdjęcie na lic. CC, autor satragon

Wszystko to jednak zaledwie drobny wycinek dzisiejszych możliwości. Przed tymi, którzy szukają niekonwencjonalnych sposobów zdobienia swojego ciała i poprawiania urody stoją setki opcji – bolesnych i bezbolesnych, trwałych i chwilowych, bezpiecznych i niebezpiecznych… Można wybierać. Jednak przed podjęciem ostatecznej decyzji warto zastanowić się kilka razy, bo często konsekwencje takich zabiegów są niebezpieczne i nieodwracalne.

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Zdjęcia na licencji:

Fot. 1. Piercing (zdjęcie na lic. CC, autor sunshinecity)
http://www.flickr.com/photos/sunshinecity/2330220206/sizes/m/in/photostream/
 
Fot. 2. Modyfikacje ciała (zdjęcie na lic. CC, autor izatrini_com)
http://www.flickr.com/photos/izatrini/4425905148/sizes/m/in/photostream/
 
Fot. 3. Ozdabianie gałki ocznej1 (zdjęcie na lic. CC, autor izatrini_com)
http://www.flickr.com/photos/izatrini/4425140299/sizes/m/in/photostream/
 
Fot. 4. Ozdabianie gałki ocznej2 (zdjęcie na lic. CC, autor satragon)
http://www.flickr.com/photos/tvojta/9763910/sizes/m/in/photostream/
 
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Liturgia ozłocona

 

W poszukiwaniu najpiękniejszych – a często najcenniejszych, także z historycznego punktu widzenia – wyrobów złotniczych warto odwiedzić kilka zabytkowych kościołów. Złotnictwo liturgiczne ma wyjątkowo długą tradycję i może pochwalić się naprawdę imponującymi osiągnięciami.

We wznoszonych dziś nowoczesnych kościołach raczej nie znajdziemy malowniczych polichromii i fantazyjnych fresków, bezcennych kandelabrów czy obrazów pędzla największych mistrzów. Ozdobne tabernakulum, pozłacane lub posrebrzane kielichy, a czasem witraże oraz wystawne (przeważnie zresztą tylko „od święta”) szaty liturgiczne – to jedyne oznaki przepychu we współczesnej świątyni. Wszystko inne jest po prostu… zwyczajnie. Od tej reguły istnieją oczywiście wyjątki, ale jest ich stosunkowo niewiele.

Wielu znakomitych architektów zgadza się, że współczesne budownictwo sakralne to po prostu kicz, ale przecież nie o to tu chodzi. Miejsce kultu ma gromadzić wiernych i służyć sprawom duchowym. Kwestie estetyczne nie są tu najważniejsze. Zgoła inaczej sprawa wyglądała jednak przed wiekami…

 

Ołtarz Wita Stwosza

Mówiąc o zdobnictwie kościelnym trudno nie rozpocząć od legendarnego ołtarza – a raczej jego nadstawy, czyli części dekoracyjnej – znajdującego się w Kościele Mariackim w Krakowie. To arcydzieło sztuki sakralnej jest jedynym tego kalibru wytworem artystycznym w Europie i jednym z niewielu na świecie. A wszystko zaczęło się od… katastrofy budowlanej!

W 1442 roku zawaliło się sklepienie prezbiterium kościoła, niszcząc dotychczasowy ołtarz. Nie wiadomo, czym zastąpiono go na następne 35 lat, ale w 1477 roku ściągnięto do Krakowa niespecjalnie znanego rzeźbiarza z Norymbergi i zlecono mu wykonanie nowej nadstawy. Wit Stwosz miał wówczas 30 lat i tak do końca nie wiadomo, co zadecydowało o zatrudnieniu właśnie jego – nie legitymował się jeszcze wtedy żadnym znaczącym dorobkiem.

Tak czy inaczej Stwosz przystąpił do pracy, która jemu i jego podwładnym zajęła aż 12 lat. Efekt końcowy przeszedł najśmielsze oczekiwania zarówno zleceniodawców, jak i Krakowian hojnie wspierających finansowo powstawanie ołtarza.

 

Ołtarz Wita Stwosza

Fot. 1. Ołtarz Wita Stwosza
zdjęcie na lic. CC, autor Henryart

 

Dzieło mierzy 11 na 13 metrów, a najwyższe postacie na nim przedstawione mają ponad 2,7 metra wzrostu. Nieprawdopodobna dbałość o szczegóły, olbrzymia ilość – na pierwszy rzut oka niedostrzegalnych – detali i wielki kunszt artysty dosłownie zapierają dech w piersiach.

Całość jest polichromowana oraz złocona, a dziś – bezcenna. I chociaż trudno mówić o tym wyjątkowym dziele norymberskiego mistrza w kategoriach sztuki złotniczej, to niewątpliwe żadna opowieść o zdobnictwie sakralnym nie może się bez niego obejść.

 

Święty Graal

Wielu uważa, że Święty Graal nigdy nie istniał, inni twierdzą, że to jedynie symbol i w rzeczywistości może oznaczać wszystko – począwszy od glinianego naczynia, poprzez Całun Turyński, na Marii Magdalenie skończywszy. Chrześcijańska tradycja jednakże twardo stoi na stanowisku, że był to „przesławny”, ozdobny kielich, w którym Chrystus dokonał podczas Ostatniej Wieczerzy przemienienia wina w krew.

Losy kielicha nie są znane. Istnieje hipoteza, że trafił on do Stolicy Piotrowej, gdzie opiekowali się nim kolejni papieże, by wreszcie zaginąć w tajemniczych okolicznościach. Ponoć istnieją średniowieczne manuskrypty dowodzące, że odnalazł się w hiszpańskich Pirenejach, a ostatecznie spoczął w słynnej katedrze „Seu” w Walencji, w której może znajdować się do dziś – tyle tylko, że nie potrafimy go rozpoznać.

Nie wiemy jak wyglądał Święty Graal – o ile oczywiście nie jest on tylko legendą. Awanturnicze powieści i hollywoodzkie filmy każą nam jednak wierzyć, że był to kielich zaiste drogocenny – najprawdopodobniej złoty i wysadzany najdroższymi kamieniami szlachetnymi. Podobnie zresztą przed wiekami uważali chyba sami duchowni, bo to rozumienie Graala na długo znalazło swoje odbicie w „liturgicznej rzeczywistości”.

Według tradycji chrześcijańskiej kielich jest jednym z „najgodniejszych naczyń liturgicznych” ze względu na swoją funkcję. Przez lata zmieniały się sposoby jego wykonania ale niemal zawsze był misternie zdobiony. Czasem wykonany ze srebra lub złota, często opatrzony drogocennymi klejnotami – miał być symbolem czci oddawanej Bogu w Trójcy Jedynemu.

 

Gotycki kielich mszalny

Fot. 2. Gotycki kielich mszalny
zdjęcie na lic. CC, autor Marie-Lan Nguyen

 

Wśród polskich zabytków tego typu zdecydowanie warto wyróżnić kielich z daru króla Kazimierza Wielkiego dla kościoła kanoników regularnych w Trzemesznie. Pochodzi z 1351 roku i wykonany jest ze złoconego srebra oraz emalii. Dziś znajduje się w zbiorach muzeum Zamku Królewskiego w Krakowie.

Do najcenniejszych eksponatów w skali świata zalicza się natomiast słynny kielich księcia Tassilona, pochodzący najprawdopodobniej z lat 770-790 . Jest wykonany z brązu, posrebrzany i pozłacany. Jego powierzchnię pokrywają bogate ornamenty oraz przedstawienia figuralne stworzone między innymi metodami: sztancowania, grawerowania i rytu wgłębnego.

Dziś kielich znajduje się w opactwie w austriackim Kremsmunster.

 

Monstrancje

Obok kielicha monstrancja pełni najważniejszą rolę w liturgii. Jej zadaniem jest ukazanie wiernym Ciała Pańskiego, by mogli je adorować. Z tego względu – podobnie, jak i kielich – musi godnie pełnić swoją funkcję. Oznacza to zwykle, że jest przedmiotem wyjątkowo ozdobnym choć sam jej kształt zmieniał się na przestrzeni wieków.

 

Część średniowiecznych monstrancji przypominała nieco kościelne wieże lub całe kościoły gotyckie. W baroku przyjęła się natomiast forma, która – z niewielkimi zmianami – obowiązuje w zasadzie do dziś: otoczonego promieniami słońca lub – nieco rzadziej – krzyża albo serca.

 

Bez wątpienia najważniejszym zachowanym do dziś zabytkiem tego typu w Polsce jest monstrancja z kościoła Bożego Ciała w Poznaniu. Powstała na terenie Prus Zakonnych około 1400 roku, została ponoć zdobyta przez żołnierzy króla Władysława II Jagiełły, który następnie przekazał ją wspomnianemu kościołowi.

 

„Monstrancja Jagiełły” jest przykładem niezwykłego kunsztu złotniczego, jaki objawiał się w sztuce sakralnej. Ma charakter gotycki (częściowo też neogotycki) i jest wykonana ze złoconego srebra. Do jej stworzenia użyto także szkła, almandynów (rodzaj minerałów) i kryształów.

 

Tiara papieska

 

Chyba najbardziej charakterystycznym i powszechnie rozpoznawalnym przejawem złotnictwa w kościele jest papieskie nakrycie głowy. Papieska tiara początkowo nie była prawdopodobnie zbyt wystawna, chociaż do końca nie wiemy jak wyglądała. Z zachowanych opisów nie wynika, by była bogato zdobiona, ale – co ciekawe – już w Księdze Wyjścia Bóg nakazał przygotowanie dla kapłana Aarona złotego diademu przewiązanego fioletowym sznurem z purpury.

Pierwsze wzmianki o zdobieniu tiary pochodzą dopiero z X wieku i mowa jest w nich o pojedynczym diademie królewskim. Dopiero papież Bonifacy VIII po roku 1295 dodał kolejny diadem, choć nie wiadomo właściwie dlaczego. Informacja o trzecim pojawia się natomiast mniej więcej 20 lat później. Biorąc pod uwagę, że pontyfikat Bonifacego VIII dobiegł końca w 1303 roku, kolejne zdobienie dodano zapewne za sprawą któregoś z jego następców: zasiadającego na papieskim tronie zaledwie nieco ponad pół roku Benedykta IX lub Klemensa V.

 

Monstrancja Jagiełły

Fot. 3. Monstrancja Jagiełły
zdjęcie na lic. GNU

 

W tej formie – opatrzona trzema diademami wysadzanymi perłami oraz kamieniami szlachetnymi i zwieńczona małym krzyżem – zachowała się korona papieska do 1965 roku. Ówczesny papież Paweł VI przekazał swoją tiarę na cele charytatywne, a jego następcy zrezygnowali z używania tego drogocennego insygnium. Aż do pontyfikatu Benedykta XVI funkcjonowało ono jednak w godle Watykanu.

Warto wspomnieć, że chociaż zwyczajowo mówi się o pojedynczej tiarze, to do dziś zachowało się co najmniej 20 różnych egzemplarzy. Jedenaście przechowywanych jest w Watykanie, zaś kilka innych można oglądać między innymi w bazylikach w Stanach Zjednoczonych.

Złotnictwo liturgiczne to jednak nie tylko kielichy, monstrancje i tiary. Do dziś w muzeach całego świata oglądać można między innymi drogocenne pierścienie i sygnety, zdobione najprzedniejszymi klejnotami krucyfiksy, misternej sztuki ozdoby szat liturgicznych, a także mniej istotne przedmioty kościelnego użytku. Wiele z nich dorównuje lub przewyższa kunsztem wykonania i wartością nawet skarby największych królów…

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Licencje do zdjęć:

Fot. 1. Ołtarz Wita Stwosza (zdjęcie na lic. CC, autor Henryart)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Gothic_altar_veit_stoss.jpg
 
Fot. 2. Gotycki kielich mszalny (zdjęcie na lic. CC, autor Marie-Lan Nguyen)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Chalice_Pizino_MBA_Lyon_L689.jpg
 
Fot. 3. Monstrancja Jagiełły (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Monstrancja_Jagie%C5%82%C5%82y.JPG
 

 

Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Wikingowie – twardzi faceci ze słabością do błyskotek

 

Wikingów kojarzymy zwykle z hałaśliwą zgrają rogatych wojowników, których jedynym celem jest „palenie i rabowanie” podbijanych terytoriów. Wiemy też, że byli doskonałymi żeglarzami. Taki obraz nieodparcie przywodzi na myśl bandę obdartych gburów, którym w głowie tylko bitka i biesiada…

 Wikingami nazywa się dziś wojowników wywodzących się ze Skandynawii, znanych przede wszystkim z dalekich wypraw o charakterze kupieckim lub osadniczym oraz – co szczególnie upodobała sobie współczesna literatura i kinematografia – rabunkowym. Samo słowo „wiking” wywodzi się najprawdopodobniej z pochodzącego z języka staronordyckiego „viking” i oznacza po prostu „zamorską ekspedycję”. Używano go nie tylko w odniesieniu do skandynawskich wojowników, ale również wszystkich, którzy podejmowali handlowe podróże drogą morską. Aż do zakończenia epoki wikingów nie odbierano go raczej negatywnie.

 

Vikings & Saxons

Fot. 1. Wikingowie
zdjęcie na lic. CC, autor Chris Wild

Co więcej, zdecydowana większość wypraw wikingów miała na celu przede wszystkim nawiązanie stosunków handlowych oraz import rozmaitych towarów. Dopiero w późniejszych latach (a celuje w tym szczególnie dzisiejsza popkultura) tym wspaniałym żeglarzom i utalentowanym rzemieślnikom i artystom zaczęto przypisywać niepohamowaną zgoła brutalność, a wręcz – tajemnicze moce bojowe. Wpływ na to miała zresztą bez wątpienia historia Anglii…

 

Podboje wikingów

Wszystko zaczęło się w VIII wieku naszej ery. Pierwszy odnotowany w historii napad ze strony wikingów wydarzył się w roku 793. Początkowo wojownicy poruszali się w ramach stosunkowo niewielkiego obszaru Morza Północnego, nie zapuszczając się poza Szetlandy czy Hebrydy. Zaledwie sto lat później dotarli jednak do Islandii, zaś po upływie kolejnego wieku – ich osady pojawiły się nawet w Ameryce.

Najbardziej znany – i znaczący, w kontekście historycznym – podbój wciąż jednak skierowany był w kierunku Wysp Brytyjskich i trwał długie lata. W XI wieku, a więc zaledwie 300 lat po rozpoczęciu poważnych wypraw morskich, wikingowie skolonizowali prawie 80% powierzchni Anglii. Finalnie zostali stamtąd szybko „wyproszeni” przez wyjątkowo tym faktem zdenerwowanych Sasów i Anglów, ale jeszcze szybciej wrócili. Wprawdzie tym razem okupantami byli Normanowie, lecz przecież to potomkowie prawdziwych wikingów. W efekcie na angielskim tronie zasiadł niejaki Wilhelm Zdobywca, który nie dość, że dał początek niemal 300-letniemu panowaniu dynastii normańskiej, to jeszcze wielokroć okazał się władcą wprawdzie sprawiedliwym, ale za to niezmiernie okrutnym i bezwzględnym.

Tak czy inaczej – wszystko to, ze szczególnym uwzględnieniem nieustannych wypraw i handlowych i rabunkowych wikingów w obrębie Morza Północnego, stało się wystarczającym powodem do obwołania ich walecznymi, lecz brutalnymi i bezlitosnymi wojownikami.

 

Kupić, nie kupić…

„Kupić, nie kupić, potargować warto” – głosi stare przysłowie. W przypadku wikingów zamiast „targowania” prawdopodobnie pojawiał się po prostu miecz, ale faktem jest, że byli urodzonymi kupcami. Doskonale zresztą zdawali sobie sprawę, że mają zamorskim odbiorcom wiele do zaoferowania – żelazo, z którego wyrabiano broń i narzędzia, drewno (w które Skandynawia jest po dziś dzień zasobna) czy skóry fok i wielorybów albo kły morsów. Te towary cieszyły się naprawdę dużym wzięciem, co z kolei zapewniało wikingom możliwość zdobycia tak cennych dla nich: pszenicy, przypraw, jedwabiu i eleganckich tkanin, wina oraz złota i srebra.

Z przekazów historycznych oraz zachowanych artefaktów wynika dość jednoznacznie, że wikingowie byli wyjątkowo czystą (jak na owe czasy) i elegancką społecznością. Nawet na co dzień nosili się strojnie, a ich ubiory były wysokiej jakości. Stąd też zapotrzebowanie na doskonałe tkaniny i materiały, z których wykonać można towarzyszącą strojowi biżuterię. Ta ostatnia zresztą odgrywała wśród wikingów znacznie ważniejszą rolę, niż można by się było spodziewać.

 

Młot Thora

W nordyckiej mitologii aż roi się od sprzyjających ludziom bogów. Bogowie pomagali swojemu ludowi, nieśli mu światło wiedzy i chronili od wszelkiego zła. Jednym z takich właśnie, dobrych bogów był Thor. Syn Odyna, uznawany za boga sił witalnych, rolnictwa i urodzaju, patronował także ognisku domowemu i małżeństwu. Bywał jednakże zapalczywy, a jego przymiotem był młot, który po uderzeniu miotał pioruny, a rzucony – zawsze wracał do swojego właściciela. I choć z młotem Thora kojarzy się brutalna przemoc, to trzeba pamiętać, że bóg używał go zawsze w dobrych celach.

Młot Thora

Fot. 2. Młot Thora
zdjęcie na lic. CC, autor – mararie

Młot był nieodłącznym atrybutem Thora. Wikingowie zatem, chcąc uczcić swojego Pana i okazać mu szacunek oraz poddaństwo, z upodobaniem nosili na piersiach miniaturową „replikę” rzeczonego młota. W praktyce jest to jeden z najważniejszych symboli religijnych noszonych przez wyznawców, a jego znaczenie w owych czasach porównuje się do znaczenia chrześcijańskiego krzyża!

Dziś młot Thora jest prawdopodobnie najczęściej kopiowanym (czy też interpretowanym) wzorem nordyckiej biżuterii. Jest bardzo popularny i przypisuje mu się nawet znaczenie magiczne – ma bowiem zapewniać powodzenie w handlu (wszak wikingowie byli kupcami) i chronić noszących go mężczyzn przed wszelkimi stratami i nieudanymi przedsięwzięciami.

 

Błyskotki wikingów

Nie bez kozery wikingom przypisuje się umiłowanie do ozdób wykonanych z kłów i kości fok lub morsów. Jakby nie patrzeć, byli przecież blisko związani z wodą i żeglarstwem, a terytorium z którego się wywodzili obfitowało w tą zwierzynę. Myli się jednak ten, kto twierdzi, że pod względem biżuteryjnym waleczni wojownicy byli prymitywni. Ich kupieckie (nie mówiąc już o łupieżczych) wyprawy często kończyły się przywiezieniem do domu dużych ilości złota i srebra, które znajdowało potem zastosowanie właśnie w wyrobie ozdób.

Wikingowie cenili sobie wygodę i luksus, a masywna, bogato zdobiona biżuteria –  często wysadzana drogocennymi kamieniami – stanowiła przecież (i do dziś stanowi) najbardziej wyrazisty symbol statusu ekonomicznego człowieka. Warto jednak zauważyć, że większość biżuterii bojowych Skandynawów pełniła nie tylko rolę zdobniczą, ale też praktyczną: począwszy od pięknie inkrustowanych klamer i sprzączek, poprzez wysadzane klejnotami pasy, na wykonanych ze szczerego srebra i również zdobionych kamieniami szlachetnymi rękojeściach mieczy skończywszy.

Biżuteria Wikingów

Fot. 3. Biżuteria Wikingów
zdjęcie na lic. CC, autor musicanys

Nie brakło też oczywiście wyrobów służących wyłącznie upiększaniu i podkreślaniu zasobności w dobra doczesne. Toteż wikingowie – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – lubowali się we wszelkiego rodzaju kolczykach, naszyjnikach, sznurach paciorków i koralików czy bransoletkach. Wyjątkowo popularne były broszki i brosze, których używano wręcz w nadmiarze.

Do najbardziej oryginalnych i nietypowych wyrobów biżuteryjnych, które nosili wikingowie, należy natomiast z pewnością charakterystyczny pierścień – duży i ciężki, lecz zakładany nie na palec, ale na… szyję!

 

Inspiracje

Waleczni wikingowie przez stulecia władali morzami. Podbijali nowe terytoria, napadali, grabili i łupili, ale też bronili słabszych, handlowali i rozwijali sztukę zdobniczą. Ich niesamowitą biżuterię do dziś oglądać można w wielu muzeach na całym świecie. Do dziś też stanowi ona źródło licznych inspiracji dla współczesnych artystów.

Oczywiście jednym z najpopularniejszych wzorów jest, opisywany wcześniej, młot Thora. Warto jednak pamiętać, że wprawdzie współcześnie jest to po prostu oryginalna ozdoba, ale dawniej był to godny najwyższego szacunku symbol religijny!

Co ciekawe, aktualnie tak zwana „biżuteria wikingów” to często motywy runiczne o bliżej niesprecyzowanym znaczeniu, tymczasem wikingowie opierali swoje wyroby zdobnicze głównie na stylizowanych wizerunkach zwierząt i niekiedy roślin oraz – na dużo mniejszą skalę – postaci wywodzących się z mitologii.

Jednym z nielicznych nie nawiązujących bezpośrednio do fauny i flory wyrobów zdobniczych był tak zwany łańcuch pierścieniowy – złożony z ogniw o przekroju (naprzemiennie) okręgu i kwadratu. Łańcuch taki pojawia się tylko w jednym („Borre”) z sześciu („Oseberg”, „Borre”, „Jellinge”, „Mammen”, „Ringerike” i „Urnes”) okresów, na które dzieli się „trendy” w sztuce wikingów.

Podobne łańcuchy spotykamy dziś w rozmaitych wisiorkach, naszyjnikach i bransoletach. Znacznie bardziej reprezentatywne dla biżuterii wikingów są jednak masywne pierścionki i pierścienie, opatrzone wzorami nawiązującymi do oryginalnych ozdób sprzed wieków. Często spotykanym elementem jest także charakterystyczny poczwórny splot – nazywany nawet „splotem wikingów” – pojawiający się zarówno w srebrnych czy złotych bransoletach, jak i plecionkach z rzemieni. Swoją drogą, skóra łączona ze srebrem lub złotem, a czasem także z drogocennymi kamieniami – to również zdobnicza spuścizna właśnie po wikingach.

Bo chociaż waleczni nordycy dziś nie sieją już postrachu na morzach, to wciąż rozbudzają wyobraźnię. Mitologia nordycka, aura tajemnicy i magii, a wreszcie niezwykłe piękno biżuterii – wszystko to sprawia, że sztuka wikingów wciąż żyje.

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Zdjęcia na licencjach:
Fot. 1. Wikingowie 1 (zdjęcie na lic. CC, autor Chris Wild)
http://www.flickr.com/photos/chriswild/4876559601/sizes/z/in/photostream/
 
Fot. 2. Młot Thora (zdjęcie na lic. CC, autor – mararie)
http://www.flickr.com/photos/mararie/233870045/sizes/z/in/photostream/
 
Fot. 3. Biżuteria Wikingów (zdjęcie na lic. CC, autor musicanys)
http://www.flickr.com/photos/musicanys/7427187936/sizes/z/in/photostream/

 

 

Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Tropami kapitana Kidda czyli dalsze losy pirackich łupów

 

O nieprzebranych skarbach piratów krążą legendy. Wśród nich na wyobraźnię szczególnie mocno działa ta o złocie kapitana Kidda. Obwołany piratem wszech czasów William Kidd miał ponoć pozostawić po sobie bogactwa, o jakich nawet nam się nie śniło. Skarbu Kidda nie udało się dotąd odnaleźć, a losy pirackich łupów okryte są niejedną tajemnicą.

Legenda o ukrytym skarbie kapitana Kidda do dziś jest żywa – jego poszukiwania wciąż trwają, a zaangażowali się w nie nawet… naukowcy z Indiana University!

 

Pirat mimo woli

William Kidd urodził się w bogatej szkockiej rodzinie w 1701 roku i przez wiele lat nic nie zwiastowało, że mógłby kiedyś „zejść na złą drogę”. Gdy miał pięć lat, stracił ojca. Wydarzenie to mocno odbiło się na finansach rodzinnych, w konsekwencji zmuszając chłopca do podjęcia pracy. Młody Kidd zaciągnął się na statek, by następnych 30 lat spędzić na morzu. Ciężko i uczciwie pracował, tym samym zjednując sobie uznanie przełożonych i awansując na kolejne szczeble drabiny żeglarskiej hierarchii.

Szczęśliwym zrządzeniem losu pewnego dnia – już po wybuchu wojny angielsko-francuskiej – natrafił na francuski okręt, który udało mu się zdobyć dzięki olbrzymiej pomysłowości. Zyskał wówczas wielkie poważanie i powszechny szacunek. W wieku 45 lub 46 lat ożenił się z 20-letnią wdową i osiadł w Nowym Jorku. Wielokrotnie, na zlecenie władz, wyprawiał się jednak w morze w celu… polowania na piratów!

 

Piraci

Fot. 1. Piraci
zdjęcie na lic. CC, autor twelves

Jedna z takich wypraw okazała się jednak feralna. Kidd miał wybrać się na największą obławę przeciwko piratom w dotychczasowej historii. Wyposażony w odpowiednie fundusze dobrał najlepsza załogę, jednak tuż po wyjściu z portu jego statek „Adventure Galley” został zatrzymany, a załoga zmuszona do przejścia w służbę dla Royal Navy. Kapitan zawrócił do portu, aby uzupełnić załogę, jednak – z ograniczonymi funduszami i zbyt późno – nie miał już wielkiego wyboru. W efekcie okręt został obsadzony w większości byłymi  (lub czynnymi, ale ukrywającymi się) piratami. Miało to pociągnąć za sobą brzemienne skutki…

Tuż po ponownym wypłynięciu z portu okazało się, że nowy statek przecieka, zaś niedługo później spora część załogi wymarła w wyniku epidemii cholery. Na dodatek nie udało się „upolować” żadnych okrętów pirackich. Pozostała przy życiu załoga podniosła bunt, co doprowadziło Kidda do podjęcia dramatycznej decyzji – decyzji o ataku na statek handlowy. Statek był hinduski, tym samym więc kapitan zadarł z Brytyjską Kampanią Wschodnioindyjską, a więc i całym Imperium Brytyjskim – stając się w efekcie wyjętym spod prawa piratem.

Co ważne, podczas procesu Kidd wielokrotnie podkreślał, że o wielu wydarzeniach i zachowaniach swojej załogi zwyczajnie nie wiedział, a jeśli wiedział – to zawsze starał się aktywnie karać winnych. Nie zmienia to jednak faktu, że w pokazowym procesie został skazany na śmierć, zaś jego ciało zawieszono w stalowej klatce nad Tamizą, aby stanowiło przestrogę dla wszystkich tych, którzy chcieliby wstąpić na drogę piractwa. Tak narodziła się legenda…

 

Fakty i mity

Mówiąc o Williamie Kiddzie należałoby jeszcze wspomnieć o dwóch istotnych sprawach. Otóż – po pierwsze – jego wyprawy, które przeistoczyły się ostatecznie w pirackie, były zlecane przez urzędników i przedstawicieli wyższych sfer i miały się w zasadzie odbywać w świetle prawa. Tyle tylko, że okazały się efektem zwyczajnego łapówkarstwa, o czym kapitan nie wiedział. Po drugie zaś – podczas procesu zaginęły dokumenty świadczące o jego niewinności, a wraz z nimi znaczna część łupów, które Kidd ponoć planował zwrócić skarbowi państwa!

Jakby jednak na to nie patrzeć, spektakularny proces kapitana Kidda i powtarzane bezkrytycznie plotki sprawiły, że o jego bogactwie zaczęto mówić bardzo szeroko. Nie on jeden jednak przyczynił się do powstania licznych legend o skarbach piratów –  podobne opowieści krążyły już w środowisku ich samych! Tymczasem w rzeczywistości „tych bogatych” piratów była zaledwie garstka, za to roznoszone pocztą pantoflową mity przyciągały na morze całe rzesze niedoświadczonych amatorów szybkiego wzbogacenia się i wielkiej przygody. Ci rzadko kiedy „mieli co do garnka włożyć”.

 

Kapitan Kidd w popkulturze

Fot. 2. Kapitan Kidd w popkulturze
zdjęcie na lic. CC, autor Harald Haefker

Wprawdzie faktycznie kilku słynnych piratów zgromadziło potężne majątki, ale przeciętny kapitan – nie mówiąc już o zwykłym marynarzu – musiał zmagać się z niezbyt dobrze rokującą na przyszłość codziennością. Znany jest na przykład przypadek pirata, który przez długi czas nie wiedział co zrobić z przejętym ładunkiem, bowiem okazało się, że zdobył statek pełen… guano.

Przyjęło się, że pirackie łupy to przeważnie złoto i srebro, kamienie szlachetne, klejnoty, perły czy drogocenne tkaniny. Nic bardziej błędnego – o wiele łatwiej (i zdarzało się to o wiele częściej) było przechwycić okręt załadowany zwyczajnym tytoniem czy – nieraz psującym się już – jedzeniem. Zysk z tego niewielki, a i o romantycznej przygodzie trudno mówić…

Niemniej jednak historia odnotowuje kilku śmiałków, którzy mogli pochwalić się nie byle jakimi sukcesami.

 

Pirackie łupy

Kapitan William Kidd część swego łupu ponoć zakopał, a część zatopił. Miały się nań składać głównie drogocenne kamienie oraz wielkie ilości złota. Jak było naprawdę – nie wiemy, bo legendarnego skarbu nie udało się dotąd nikomu odnaleźć. Wiemy natomiast o spektakularnych wyczynach innych znanych piratów.

Oto niejaki John Avery, znany także jako Hanry Avery lub Długi Ben – pochodzący z angielskiego Plymouth bohater wielu opowiadań i sztuk teatralnych – zdobył skarb Wielkiego Mogoła. Były to skrzynie pełne klejnotów oraz beczki wypełnione złotem i srebrem w postaci monet, warte w sumie ponad 600 000 funtów. W trakcie podziału zdobyczy na każdego uczestnika wyprawy przypadło aż 1000 funtów. Co ciekawe, sam Avery zaraz potem powrócił na Karaiby, gdzie wiódł spokojne i dostatnie życie, nie imając się dłużej pirackiego procederu. Nie wiadomo, jak długo żył i jak skończył, zaś cały łup został przecież „rozczłonkowany” pomiędzy kilkaset osób.

Złoto piratów

Fot. 3. Złoto piratów
zdjęcie na lic. CC, autor cloveride

Równie ciekawy jest przypadek kapitana Chrisophera Condenta. Ten brutalny i bezlitosny pirat w okolicy Bombaju przejął arabski okręt pełen złota i srebra. Podobnie, jak Avery, Condent podzielił się sprawiedliwie ze swoją załogą – każdy jej członek otrzymał prawie 2 000 funtów. Sam Condent również porzucił piracki proceder, kupując amnestię od gubernatora Mauritiusa. Ponoć do samego końca prowadził już uczciwe życie.

Na indyjskim szlaku wzbogacił się również inny pirat – Thomas Tew. Przechwycił tam okręt przewożący złoto, srebro i drogocenne klejnoty. Jak dwaj wspomniani wcześniej kapitanowie – Tew również podzielił łup wśród załogi. Na głowę przypadło po 3 000 funtów. Sam Tew niedługo potem zginął podczas walki morskiej.

Przypadków podobnych do opisanych powyżej jest więcej, ale nie – w gruncie rzeczy – niezbyt wiele. Trzeba też zdać sobie sprawę z bardzo ważnego faktu: 3000 funtów to zarobki, na które szeregowy żeglarz czy marynarz musiałby w owych czasach pracować przez 200 lat! Zdobyte w ciągu kilku godzin – musiały rozpalać wyobraźnie, a wieść o nich szybko roznosiła się po świecie, z ust do ust nabierając rozmachu i budując legendy o nieogarnionych skarbach piratów.

 

Odkryć tajemnicę

Mówiąc o losach pirackich łupów i posiłkując się znanymi legendami, należałoby wysnuć romantyczną opowieść o wspaniałych klejnotach, biżuterii i starożytnych artefaktach odnalezionych w zatopionych wrakach. Niestety, rzeczywistość jest znacznie mniej spektakularna. Jako się rzekło – poza nielicznymi „piratami sukcesu” (by sparafrazować współczesne określenie „ludzie sukcesu”) większość grasujących po wodach i oceanach łupieżców ani nie mogła wykazać się znaczącymi osiągnięciami w swojej „branży”, ani nawet specjalnie cieszyć się codziennością. Zdobyć jedzenie i uniknąć „polowania” – ot, cały sens życia pirata.

Byli jednak tacy, którzy faktycznie zgromadzili oszałamiające dobra i dziś tych dóbr wciąż się poszukuje. Część z łupów została podzielona pomiędzy załogi, zatem nigdy już raczej się nie dowiemy co dokładnie wchodziło w ich skład, nie mówiąc już o wyśledzeniu poszczególnych przedmiotów, które wielokrotnie zmieniały swoich właścicieli. Można przypuszczać, że wiele z nich dziś znajduje się w muzeach lub prywatnych kolekcjach.

Część „skarbów” jednak udaje się odnaleźć. Kilka lat temu odkryto między innymi wrak statku Whydah, którego kapitanem był słynny „Czarny Sam” Bellamy. Bellamy chciał wypaść jak najlepiej na swoim ślubie, a do tego potrzebował majątku. Zajął się więc piractwem i błyskawicznie udało mu się wzbogacić. Niestety, w 1717 roku jego okręt zatonął, a wraz z nim załoga. Na pokładzie znajdowało się ponad 4,5 tony złota i srebra. Poszukiwania skarbu – uwieńczone sukcesem – trwały kilka lat, a udokumentowała je telewizja National Geographic.

W wakacje 2011 roku grupa amerykańskich archeologów odkryła natomiast u wybrzeży Panamy wrak statku należącego do Henry’ego Morgana – osiemnastowiecznego walijskiego pirata w służbie króla Anglii Karola II. Morgan zasłynął przede wszystkim tym, że zajmował i grabił kubańskie miasta, choć brał też udział w licznych walkach na wodzie. We wraku znaleziono tajemniczy kufer zawierający pirackie skarby.

Jedno z najbardziej spektakularnych znalezisk miało natomiast miejsce w 2005 roku na chilijskiej Wyspie Robinsona Crusoe. Ponoć w 1715 roku hiszpański żeglarz Juan Echeverria zakopał tam skarb odebrany piratom. Później skarb ten został przeniesiony przez kolejnego żeglarza – Brytyjczyka, Corneliusa Webba – w inne miejsce. Legenda okazała się oszałamiająco wręcz prawdziwa. Znaleziono około 800 ton kosztowności, w tym biżuterii, klejnotów, a przede wszystkim złota i srebra, o łącznej wartości ponad 10 miliardów dolarów. To się nazywa skarb!

Poszukiwania pirackich łupów trwają nieprzerwanie. Czasem nawet nurkowie amatorzy znajdują gdzieś w odmętach mórz i oceanów drobne przedmioty mogące pochodzić z pirackiego procederu. Chociaż znaleziska takie jak w Chile są niezmiernie rzadkie, to poszukiwacze – a wraz z nimi liczne grono wielbicieli pirackich tajemnic – nie tracą nadziei. Jest więc szansa, że prędzej czy później znów uda się potwierdzić kolejną legendę.

Jedno jednak można stwierdzić ze sporą dozą prawdopodobieństwa. Jeśli posiadasz drogocenną biżuterię, która trafiła do Twojej rodziny w XVII lub XVIII wieku –  a więc w czasach złotej ery piractwa –  to wcale nie jest wykluczone, że może ona pochodzić właśnie z podziału łupów. I kto wie, być może Twój ulubiony pierścionek to przetopione wielokrotnie złoto, które ponad 300 lat temu płynęło na statku kapitana Kidda…?

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Zdjęcia na licencji:
Fot. 1. Piraci (zdjęcie na lic. CC, autor twelves)
http://tinyurl.com/qj5y8af
Fot. 2. Kapitan Kidd w popkulturze  (zdjęcie na lic. CC, autor Harald Haefker)
http://www.flickr.com/photos/harald-haefker/7592942402/sizes/c/in/photostream/
Fot. 3. Złoto piratów (zdjęcie na lic. CC, autor cloveride)
http://tinyurl.com/pqcw5oo
 
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Zaginione skarby polskich władców

 

Licząca sobie ponad dziesięć wieków historia Polski obfituje w niewyjaśnione wydarzenia i nierozwiązane do dziś zagadki. To historia, w której prawda miesza się z legendą, rzeczywistość z marzeniami, a wielkie skarby potężnych władców przepadają w tajemniczych okolicznościach…

Drogocenne klejnoty skrzące się szlachetnymi kamieniami, złote i srebrne puchary, korony, tiary i berła – to wszystko znamy z muzeów. Rodzimym historykom i archeologom udało się zgromadzić obszerne zbiory wyjątkowo cennych i pięknych eksponatów. Ale trzeba pokornie przyznać, że tak naprawdę są one zaledwie cząstką skarbów, które na przestrzeni wieków towarzyszyły władcom Polski. Skarbów wręcz niewiarygodnych, a wartościowych nie tylko z czysto ekonomicznego punktu widzenia, ale też – czy raczej przede wszystkim – ze względu na symbolikę, na historyczne i kulturowe dziedzictwo określające naszą tożsamość narodową.

 

W poszukiwaniu polskich koron

Opowieść o zaginionych skarbach władców polskich rozpocząć trzeba koniecznie od insygniów królewskich. Wśród tych zachowanych do dziś znajdują się między innymi: miecz koronacyjny Szczerbiec – przechowywany na Wawelu, miecz koronacyjny Augusta III – przechowywany w krakowskim Muzeum Katedralnym czy Polska Korona Cesarska – przechowywana w Moskwie na Kremlu.

Znacznie więcej emocji budzą jednak te regalia, których dotąd nie udało się odnaleźć. Bez wątpienia jednym z najważniejszych jest korona pierwszego króla Polski, Bolesława I Chrobrego. Miała być ponoć wykonana w 1025 roku (a więc w roku koronacji), a 7 lat później wywieziona do Niemiec. Nie wiadomo co się z nią stało ani jak wyglądała. Zaginęła również druga w kolejności z królewskich koron – przygotowana na koronację Bolesława II Szczodrego. Wprawdzie przez pewien czas zdobiła jeszcze głowy jego następców, ale w 1303 roku została – wraz z towarzyszącymi jej pozostałymi insygniami w postaci dwóch srebrnych koron, berła i jabłka królewskiego – wywieziona do Czech, zaś w 1310 roku ślad po niej zaginął. Jak dokładnie wyglądała, również nie bardzo dziś wiemy.

Wiemy natomiast sporo o Koronie Chrobrego, czyli o wykonanej faktycznie dla króla Władysława Łokietka Koronie Uprzywilejowanej. Wspomina o niej kronikarz Jan Długosz, twierdząc – zresztą całkowicie błędnie – że podarował ją pierwszemu polskiemu monarsze cesarz Otton. Korona była zrobiona ze szczerego złota. Składała się z dziesięciu elementów połączonych zawiasami o misternej konstrukcji. Wśród 474 kamieni szlachetnych, którymi wysadzane były owe elementy – każdy zdobiony lilią heraldyczną – znajdowały się szmaragdy, szafiry, rubiny i perły. Aż do 1795 roku ten bezcenny artefakt przechowywano na Zamku Królewskim w Krakowie. Potem trafił do skarbca Hohenzollernów, a w 1809 roku korona – na rozkaz Fryderyka Wilhelma III – została rozebrana: złoto przetopiono na monety, zaś drogocenne klejnoty rozsprzedano. Tym samym najważniejsze polskie insygnium koronacyjne przestało istnieć.

Podobny los, choć z zupełnie innych powodów, spotkał koronę królowej Jadwigi. Po jej śmierci złamano ją na znak żałoby i – najprawdopodobniej – również przetopiono. Zaginęła także korona Władysława Jagiełły, męża Jadwigi Andegaweńskiej. Na jego koronację przygotowano całkiem nowe insygnia, lecz korona została potem skradziona przez Prusaków. Ślad po niej również zaginął.

 

Matejko - Królowa Jadwiga w koronie

Fot. 1. Matejko – Królowa Jadwiga w koronie
zdjęcie na lic. GNU

 

Ten schemat powtarzał się zresztą wielokrotnie: insygnia niszczono, przerabiano, przetapiano, wywożono lub kradziono. Te, które udało się ocalić przechowywane były pod specjalnym nadzorem w Skarbcu Koronnym na Wawelu. Jednak do czasu, bo chociaż zgromadzone w nim precjoza otaczano szczególną pieczą, to i one nie oparły się licznym zakusom kolejnych rabusiów.

Jednym z najsławniejszych okazał się nie kto inny, jak… król Jan II Kazimierz Waza! Nie pytając nikogo o zdanie najzwyczajniej w świecie przywłaszczył sobie część z kosztowności. W 1795 roku Skarbiec ograbili żołnierze Prusacy, a w 1811 – na rozkaz wspomnianego już Fryderyka Wilhelma III, który borykał się z ogromnymi problemami finansowymi – w Królewcu dokonano komisyjnego zniszczenia polskich insygniów królewskich. Wypada jednak dodać, że „zniszczenie” nie jest tu do końca właściwym słowem – wszak wszystko to, co dało się przetopić, przerobiono na monety, a drogocenne klejnoty sprzedano, by ratować mocno nadwątlony budżet pruskiego króla.

 

Szkatuła królewska

 Odrębny akapit należy się tak zwanej „Szkatule królewskiej”. Otóż Izabela Czartoryska, żona księcia Adama Czartoryskiego i kochanka między innymi Stanisława Augusta Poniatowskiego, postanowiła stworzyć w Puławach pierwsze muzeum w Polsce (później stało się ono zaczątkiem słynnego Muzeum Czartoryskich w Krakowie). Chciała także uchronić od zapomnienia i przepadku  regalia, rozpoczęła więc gromadzenie stosownych zbiorów, znanych dziś jako „Szkatuła królewska”.

 

Szkatuła królewska

Fot. 2. Szkatuła królewska
zdjęcie na lic. CC, autot Jannasch

 

W „Szkatule” znajdowały się klejnoty i drogocenne pamiątki po nadwiślańskich władcach oraz kilka eksponatów wprawdzie nie wchodzących w skład regaliów ale równie wartościowych. Były w niej między innymi:

- wykonana ze złota i jedwabiu dewizka od zegarka króla Stanisława Augusta Poniatowskiego

-  złoty krzyż Anny Jagiellonki wysadzany szafirami

- krzyż pektoralny Zygmunta Starego, zdobiony jaspisami i zawieszony na złotym łańcuchu

-  złoty krzyż pektoralny Zygmunta Augusta wysadzany perłami

-  wysadzany klejnotami złoty naszyjnik Marii Ludwiki

- złoto-srebrny Order Złotego Runa Władysława IV oraz jego dwa złote pierścienie z diamentami i turkusami i jeden srebrny sygnet

-  złoty pierścień Zygmunta Starego

- kieszonkowe zegarki króla Stanisława Leszczyńskiego, królowej Marii Kazimiery i królewicza Jakuba Sobieskiego

-  oraz srebrny zegarek pektoralny po Zygmuncie III.

To zresztą zaledwie niewielka cząstka zawartości legendarnej szkatuły, która sama w sobie również była niezmiernie cennym dziełem sztuki: wykonana z ornamentowanego hebanu, wysadzana szlachetnymi i półszlachetnymi kamieniami oraz wyposażona w złote okucia.

Ze względu na bezpieczeństwo „Szkatuła” została wywieziona do Francji tuż po upadku powstania listopadowego. Przez lata przechowywana była w jednym z paryskich hoteli, by wreszcie – pod koniec XIX wieku – trafić do krakowskiego Muzeum Książąt Czartoryskich. Tuż przed wybuchem II wojny światowej wywieziono ją do Sieniawy i ukryto w znajdującym się tam pałacu Czartoryskich. Niestety, i tym razem nie udało się uchronić wielkiego skarbu: we wrześniu 1939 roku „Szkatuła królewska” została zrabowana przez hitlerowców. Co się stało z nią i zgromadzonymi w niej kosztownościami – do dziś nie wiadomo.

 

Na tropie legendy

Historia skarbów polskich władców zawiera wiele niewiadomych. Wśród nich znajdziemy jednak zarówno opowieści prawdziwe lub przynajmniej prawdopodobne, jak i takie, które póki co trzeba zaliczyć do legend.

Jedna z nich dotyczy dość popularnego celu wycieczek szkolnych – zamku królewskiego w Chęcinach w województwie świętokrzyskim. Otóż przez pewien czas zamieszkiwała tam królowa Bona. W większości kronik opisywano ją jako intrygantkę, manipulantkę i – jakbyśmy dziś powiedzieli – aktywnie korumpująca kogo tylko trzeba było. Faktem jest jednak, że okazała się niesamowicie gospodarna czy też – znów uwspółcześnijmy – miała nieprawdopodobną „głowę do interesów”. Koronowana „bizneswoman” zgromadziła olbrzymie dobra, bo – jak mawiała – „w Polsce dukaty leżą na gościńcu”. A skoro nikt się po nie schylić nie chce, zrobi to ona. Najważniejsze kosztowności Bona próbowała wywieźć ze sobą właśnie z Chęcin, które opuszczała ponoć w olbrzymim pośpiechu. Niestety, zawalił się most i duża ich część zatonęła w Nidzie. Zgodnie z legendą ten skarb wciąż spoczywa gdzieś w okolicy.

Bona Sforza

Fot. 3. Bonda Sforza
zdjęcie na lic. GNU

 

Wyobraźnię poszukiwaczy skarbów rozpala też tajemniczy Międzyrzecki Rejon Umocniony, czyli system fortyfikacji zbudowanych pomiędzy 1934 a 1944 rokiem przez Niemców w celu ochrony wschodniej granicy. Jego częścią są tunele o łącznej – przynajmniej o tych dziś wiemy – długości ponad 30 kilometrów, należące do największych tego rodzaju podziemnych konstrukcji na świecie. Dziś część z tuneli można zwiedzać, jest to jednak niewielki wycinek całości. W 1945 roku Rosjanie odkryli tu skarbiec zawierający wiele drogocennych dzieł sztuki. Ponieważ jednak wciąż tunele nie są do końca zbadane, wielu amatorów tajemnic wierzy, że jeszcze wiele ciekawych eksponatów da się tu odnaleźć – w tym także część zaginionych lub zrabowanych skarbów polskich władców!

Całkowicie legendarny wydaje się natomiast rzekomy skarb króla Władysława Łokietka, ponoć zatopiony w jeziorze w Sadłużku na ziemi kujawskiej. W okolicy tej faktycznie wojska Łokietka toczyły walki z Krzyżakami, a wieść głosi, że gdy przewaga zbrojnych zakonników wydawała się przesądzona postanowiono zatopić w jeziorze skrzynie z olbrzymim skarbem zgromadzonym podczas wojennej wyprawy. Skarbu oczywiście poszukiwali najpierw kolejni właściciele Sadłużka, potem liczni amatorzy tajemnic, ale dotąd nie udało się go odkryć nikomu. Podobno wciąż spoczywa gdzieś tam na dnie…

Bez wątpienia jednak największym nieodkrytym dotąd skarbem jest legendarna już Bursztynowa Komnata. Wprawdzie trudno wiązać ją z polskimi władcami, bo wykonana została na zamówienie króla pruskiego Fryderyka I Pruskiego, ale przecież powstała w gdańskich warsztatach z polskiego bursztynu.  Wiemy, że Komnata była ogromna – ściany o wymiarach 10,5 na 11,5 metra pokryte idealnie dobranymi kawałkami bursztynu, z imponującymi płaskorzeźbami i zdobieniami. Samo jej wykonanie trwało aż 11 lat.

 

Bursztyn bałtycki

Fot. 4. Bursztyn bałtycki
zdjęcie na lic. GNU

 

Bursztynowa Komnata długo nie zagrzała miejsca u króla Fryderyka. Już po czterech latach podarował ją bowiem carowi Piotrowi I Wielkiemu, który przetransportował arcydzieło do Petersburga. Kilkadziesiąt lat później carowa Elżbieta przeniosła ją do pałacu w Carskim Siole, aż wreszcie – w roku 1941 zrabowali ją Niemcy. Najpierw trafiła do Królewca, a później ślad po niej zaginął.

Istnieje wiele hipotez co do miejsca ukrycia Bursztynowej Komnaty. Ze sporym prawdopodobieństwem można wskazać czternastowieczny zamek krzyżacki w Pasłęku, gdzie badania potwierdziły spore nagromadzenie bursztynu w niedostępnej części podziemi. Niektórzy poszukiwacze twierdzą, że legendarny skarb może znajdować się też w Krakowie, Giżycku, Górach Sowich, a nawet w Szklarskiej Porębie. Z drugiej strony, niewykluczone, że tajemnicze arcydzieło po prostu spłonęło w trakcie pożaru zamku w Królewcu, podczas alianckiego bombardowania.

Dziś wiemy z niezbitą pewnością, że wielu z zaginionych – także z tych opisanych tutaj – skarbów polskich władców nie uda się odzyskać już nigdy. Część z nich po prostu już nie istnieje, a losy pozostałej części potoczyły się w zbyt skomplikowany sposób, by udało się je wytropić. Wciąż za to mamy przedwieczne kroniki, przekazy historyczne i rozpalające wyobraźnię legendy, które elektryzują kolejne pokolenia poszukiwaczy. Chcemy wierzyć choćby w niewielką część tych legend. Nie dziś i nie jutro, lecz może kiedyś okażą się prawdą?

 

Tekst: Anna Kunicka

 
Licencje do zdjęć:
Fot. 1. Matejko – Królowa Jadwiga w koronie (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Matejko_Jadwiga.jpg
 Fot. 2. Szkatuła królewska (zdjęcie na lic. CC, autot Jannasch)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Royal_Casket.JPG
 Fot. 3. Bonda Sforza (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Bona_Sforza_(1491-1558).JPG
 Fot. 4. Bursztyn bałtycki  (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Amber.insect.800pix.050203.jpg
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Kamea – Messalina złotnictwa

 

Vintage to styl opierający się na czerpaniu z trendów (teoretycznie) przebrzmiałych czy na mieszaniu różnych, modnych przed kilkoma dekadami konwencji. W dekoratorstwie największym wzięciem cieszą się meble, faktury i dodatki z lat 50. Trendseterzy „ubraniowi” forsują z kolei stylizacje będące miszmaszem stylu grunge, disco i hippie. Jubilerstwo idzie o krok dalej. A raczej – cofa się jeszcze mocniej. Bo, jeśli chodzi o biżuterię, największą gwiazdą wśród dodatków vintage jest ozdoba sprzed jakichś dwóch tysięcy lat…

Kamea – a o niej oczywiście mowa – to rodzaj gemmy, czyli dekoracyjnego, szlachetnego lub półszlachetnego, obowiązkowo owalnego kamienia ozdobiono reliefem. Mimo że jako pierwsi kamee wytwarzali Babilończycy, to – na fali historycznych migracji – największą sławą ta niezwykła ozdoba cieszyła się w Starożytnej Grecji i Starożytnym Rzymie.

 

Antyczna brosza

Przyjmuje się, że jako pierwsi kamee zaczęli wytwarzać Babilończycy. Piękne, gustowne, wykonywane z dwukolorowych kamieni ozdoby przedstawiające popiersia urodziwych kobiet spodobały się też Fenicjanom. Kamee – samo określenie pochodzi od arabskiego słowa „kamma”, czyli garb, wypukłość –

pokochali też Grecy, którzy umieszczali w nich sceny mitologiczne, symbole religijne czy florystyczne detale.

Tazza Farnese

Fot. 1. Tazza Farnsese
zdjęcie na licencji Public Domain, autor Ana al’ain

Uwielbiała je Kleopatra i – co za tym idzie – Marek Antoniusz. To Rzymianie zresztą, cieszący się zasłużoną opinią największych hedonistów świata starożytnego, zmienili kształt tych wyjątkowych ozdób. Kamee w ich wersji nie były jedynie hołdem dla mitologicznych przypowieści, pięknych kobiet i cudów natury, ale kolejnym sposobem na uwiecznienie wizerunku cesarza.

 

Od początku, do wyrobu kamei wykorzystywano kamienie różnobarwne. Szalonym wzięciem cieszyły się onyksy, agaty i karneole, które – przez wzgląd na ich dwuwarstwowość – zamieniano w prawie że wielowymiarowe obrazy o wyraźnie zaznaczonej linii rzeźby i tła. Sporym powodzeniem charakteryzowały się też kamee wykonywane z muszli czy koralu (materiałów powszechnie dostępnych) lub składane z dwóch kamieni o różnych barwach.

Wielka Kamea Francji

Fot. 2. Wielka Kamea Francji
zdjęcie na lic. GNU

W czasach starożytnych kamee sprawdzały się w roli naszyjników, spinek czy kolczyków. Wraz z nastaniem wieków średnich moda na te wyjątkowe ozdoby przeminęła. Ponowny renesans zafundował kameom (nomen omen) renesans, a więc epoka czerpiąca pełnymi garściami z artystycznego dziedzictwa antyku. To właśnie wtedy kamee wróciły do łask i zaczęto je na nowo wykorzystywać do wyrobu biżuterii (zwłaszcza pierścieni, naszyjników i bransolet). Dekoracyjne, miniaturowe rzeźby służyły także jako medaliony i pieczęcie – także królewskie. Największym powodzeniem cieszyły się oczywiście kamee starożytne (a przynajmniej sprzedawane jako „antyczne, cudem ocalałe”), przedstawiające wizerunki mitologicznych bogów. Na fali fascynacji antykiem – i na cześć tych niezwykłych, rzeźbionych ozdób – dziewczynki nazywano imieniem Gemma.

Kolejny etap rozwoju kamei to barok. W tej zdobnej epoce kamee umieszczano na broszach i wachlarzach, które uznawano za najbardziej wytworne ozdoby. Kamee wykonywano w złocie i  ozdabiano je rubinami.

Także w formie broszy kamee wieńczyły żaboty i kołnierze dziewiętnastowiecznych elegantek. Szczególną popularnością cieszyły się wówczas kamee wytwarzane techniką cameo habille – polegającą na wykonywaniu w powierzchni dużego kamienia reliefu z wizerunkiem ludzkiej głowy i ozdabiania go naszyjnikiem lub kolczykami przybierającymi formę małych kamei.

Kres sławy kamei (na szczęście pozorny) nastąpił w XX wieku, kiedy to w obliczu wojen i idącej za nimi fali zniszczenia rzucająca się w oczy, duża i kojarząca się z luksusem biżuteria przestała być (mówiąc delikatnie) mile widziana.

 

Messalina złotnictwa

O wartości kamei nie świadczy (jedynie) materiał z którego jest ona wykonana. Tym, co najbardziej w tych niezwykłych ozdobach pociąga jest kunszt i precyzja z jaką wyrzeźbiony został relief. Za najpiękniejszą kameę świata uznaje się Tazza Farnese – domniemana własność Kleopatry, wykonana na polecenie któregoś z ptolomejskich władców Egiptu. Ta wyjątkowa, pochodząca z I wieku przed naszą erą i znajdująca się obecnie w zbiorach Muzeum Narodowego w Neapolu gemma ma kształt talerza o średnicy aż 20 centymetrów i ozdobiona jest (dwustronnie) między innymi wizerunkiem sfinksa i przerażającego gorgonejona.

Kolejna, wyjątkowa kamea to Gemma Augusta – nieregularna, wykonana z biało-czarnego onysksu arabskiego na początku I wieku naszej ery. Największa znana współcześnie gemma starożytna to natomiast wielka kamea Francji. Powstała najprawdopodobniej w Rzymie i wykonana z liczącego aż pięć warstw sardonyksu ozdoba mieści na powierzchni 31×26,5 cm kilkanaście postaci – utożsamianych między innymi z Tyberiuszem i Liwią, Aleksandrem Wielkim, Apollo, Augustem czy Kaligulą.

Gemma Augusta

Gemma Augusta
zdjęcie na lic. GNU

Kamee, mimo że wywodzące się ze świata starożytnego, ozdabiano także wizerunkami postaci biblijnych. Jedna z nich – wykonana z czarnego onyksu na zamówienie włoskiego mecenasa sztuki Lorenzo de’Medici i znajdująca się dzisiaj w zbiorach londyńskiego British Museum – przedstawia Noego schodzącego (w towarzystwie rodziny i zwierząt) z pokładu arki na ląd.

Wśród licznych, antycznych kamei jest też gemma owiana złą sławą. Piękna kamea ukazuje profil Valerii Messaliny w towarzystwie dzieci – Brytanika i Oktawii. Piękna żona imperatora Klaudiusza okryła się wyjątkową hańbą. Znana z okrucieństwa i wyjątkowego „wyzwolenia cielesnego” władczyni nazywana była cesarzową-kurtyzaną. Krytykował ją Tacyt, a mistrz Bułhakow obsadził ją w roli jednego z gości balu u Szatana. Posądzano ją o urządzanie orgii, prowadzenie w pałacu domu publicznego, skazywanie na śmierć nobilów, którzy nie chcieli zostać jej kochankami i wymykanie się z carskiej sypialni pod osłoną nocy tylko po to, by zaspokajać swoje żądze w okolicznych burdelach. Legenda głosi, że Messalina stanęła nawet w konkury z najsłynniejszą w Rzymie kurtyzaną. Mimo że wygrała zakład i przyjęła w jedną noc aż 25 mężczyzn – nadal nie była zaspokojona.

Messalina

Fot. 4. Messalina
zdjęcie na lic. GNU

Intrygantka, okrutnica, nimfomanka i działająca z zimną krwią morderczyni została – ku uciesze poddanych – stracona. Po śmierci Messaliny ostentacyjnie zburzono posągi przedstawiające jej wizerunek, a Klaudiusza zmuszono do rychłego ślubu z największą rywalką nieżyjącej Valerii. Wydawać by się mogło, że historia cesarzowej rzymskiej będzie postrzegana przez pryzmat jej niepohamowanych obsesji i wynikających z nich konsekwencji. Nic bardziej mylnego! Messalina wróciła na salony za sprawą nowożytnych pisarzy i malarzy, dla których jej krwawe perypetie i wyuzdanie stały się ogromnym natchnieniem! Dodatkowo, uroda Valerii została uwieczniona w formie zjawiskowej kamei – kopiowanej nieskończenie wiele razy, uznawanej za gemmę wzorcową, w idealny sposób ukazującą kobiece piękno.

 

Antyczne retro

Kamee ukazujące wizerunki pięknych kobiet – w tym słynnej Messaliny – wracają do łask. Na fali mody vintage dekoracyjne gemmy znów są gustownym, pożądanym dodatkiem i obiektem kultu.

Kamee najpiękniejsze to wciąż te wykonane z onyksu, sardonyksu i karneolu, wyrzeźbione ręką sprawnego rzemieślnika. W wersji ekonomicznej gemmy wytwarza się także z plastiku i utwardzanego wosku. Na coraz większej popularności zdobywają też ozdoby wykonywane własnoręcznie – ze skóry, paciorków, muliny, filcu czy kolorowych żyłek.

Niezależnie od materiału czy wizerunku uwiecznionego na gemmie – jedno jest pewne: kamee to ozdoby ponadczasowe, prawdziwe cesarzowe wśród biżuteryjnych dodatków. Jeśli przypadkiem wyjdą z mody to tylko po to, aby za jakiś czas (ot, za dwa tysiące lat) znów przebojem wtargnąć na salony.

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Licencje zdjęć:

Fot. 1. Tazza Farnsese (zdjęcie na licencji Public Domain, autor Ana al’ain)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Tazza_Farnese.jpg
 Fot. 2. Wielka Kamea Francji (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Great_Cameo_of_France_CdM_Paris_Bab264_white_background.jpg
Fot. 3. Gemma Augusta (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Kunsthistorisches_Museum_Vienna_June_2006_031.png
Fot. 4. Messalina (zdjęcie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Cameo_Messalina_Cdm_Paris_Chab228.jpg
 
 
 
 
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Jeśli nie chcesz swojej zguby biżuterię kup mi luby!

 

Goździkom wręczanym główkami w dół i czekoladkom kupionym na ostatnią chwilę mówimy stanowcze dość. Zamiast tego ujawniamy, w czym tkwi tajemnica i gdzie leżą prawdziwe korzenie Dnia Kobiet. A wszystko w myśl starej maksymy – Jeśli nie chcesz swojej zguby biżuterię kup mi luby!

 

Dzień kobiet

Czasy dyżurnego goździka i obowiązkowego „wszystkiego najlepszego z okazji Dnia kobiet” na szczęście coraz szybciej odchodzą w przeszłość, ale to wcale nie znaczy, że nie warto 8 marca pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Tym bardziej, że to święto ma już bardzo długa tradycję…

Niewiele dni w kalendarzu budzi tyle kontrowersji co Dzień Kobiet. Wiele osób dziś uznaje go za spadek minionej epoki: szowinistyczne święto, które – paradoksalnie – stawiając kobietę na piedestale na jeden dzień w roku, przez puste gesty i protekcjonalne życzenia, umniejsza jej rolę społeczną. Inni z kolei twierdzą, że 8 marca to wyjątkowa data, czas specjalnych podziękowań dla wszystkich Pań, uhonorowania ich wyższości nad mężczyznami.

Jeszcze kolejni wyrokują, że Święto Kobiet powinno trwać tak naprawdę przez cały rok. Ale nie brakuje i takich, którzy uznają je za nikomu niepotrzebną, szowinistyczną, męską szopkę…

Tym razem jednak zostawmy spory i kontrowersje w spokoju. My wierzymy, że każda okazja jest dobra, by sprawić sobie samemu lub komuś bliskiemu odrobinę przyjemności, a póki co – zapraszamy na krótką opowieść o szacunku, równości i miłości. Bo przecież, koniec końców, to do niej właśnie wszystko się sprowadza.

 

Fakty i mity

Portrait of attractive Caucasian smiling woman with red roses bo

Kobieta z różami.

Najbardziej chyba znana wersja genezy Dnia Kobiet głosi, że został on ustanowiony w celu upamiętnienia strajku, który odbył się 8 marca 1908 roku w Nowym Jorku. Wówczas na ulice miasta wyszły pracownice zakładów odzieżowych, by zaprotestować przeciwko złym warunkom pracy. Miało wówczas dojść do tragicznych wydarzeń, w wyniku których zginęło aż 126 z nich.

Niektórzy historycy twierdzą jednak, że wcale nie chodzi o rok 1908, lecz o 1857, kiedy – zresztą z tych samych powodów – protestowały pracownice nowojorskiej przetwórni bawełny.

Najbardziej prawdopodobne wydaje się natomiast, że oba te wydarzenia odegrały w historii równie ważną rolę, bowiem faktycznie w 1908 roku pod niebem „Wielkiego Jabłka” odbył się marsz, w którym wzięło udział 15 000 kobiet. Nie był to jednak strajk, lecz wiec: z jednej strony – upamiętniający protest z przed niemal 51 lat, z drugiej – mający na celu zamanifestowanie konieczności nadania Paniom takich samych praw ekonomicznych i politycznych, jakimi w owych czasach dysponowali mężczyźni.

Ostatecznie, pierwsze oficjalne obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet miały miejsce 8 marca 1910 roku, a zorganizowano je z inicjatywy kopenhaskiej Międzynarodówki Socjalistycznej.

Tak czy inaczej, niezależnie od tego, którą wersję historii uznamy za prawdziwą, wszystko sprowadza się do jednego – szacunku dla człowieczeństwa bez względu na płeć i status społeczny. Jest to też wyraz szacunku dla wszystkich ofiar wieloletnich, mozolnych walk o równouprawnienie kobiet.

Tym bardziej więc nie wolno o tym święcie zapominać.

Tradycja

Tradycje związane z Dniem Kobiet sięgają jednak czasów znacznie dawniejszych, a wywodzą się jeszcze ze Starożytnego Rzymu. 1 marca przypadały bowiem Matronalia, czyli święto dedykowane wszystkim zamężnym matronom –  obchodzono je po to, by uczcić dar macierzyństwa i płodności. Kobiety składały wtedy ofiary z kwiatów oraz słały do swojej bogini Junony modlitwy o małżeńskie szczęście, zaś mężczyźni – wręczali im prezenty.

Jak widać – zwyczaj obdarowywania Pań prezentami i kwiatami jest więc znacznie starszy, niż uważają ci, którzy przypisują go wyłącznie epoce wybujałego socjalizmu!

Zresztą, co by nie mówić: legendarne goździki odchodzą coraz szybciej w niepamięć, a wręczenie bliskiej osobie pięknego bukietu czy eleganckiego upominku to zawsze miły gest i chyba nie ma potrzeby dorabiania do niego żadnej ideologii. Po prostu: kochajmy i okazujmy tę miłość na każdym kroku. „Z okazji” i „bez okazji”, przez okrągły rok, ale i 8 marca właśnie.

 

Święto mężczyzny

Nieco przewrotnie rzecz ujmując, wypadałoby stwierdzić, że Dzień Kobiet jest w zasadzie… świętem facetów. Brzmi głupio? Otóż niekoniecznie. Nie jest przecież tajemnicą, że wielu Panów nie radzi sobie z okazywaniem uczuć na co dzień. Dlaczego tak jest i czyja to wina? – to temat do zupełnie innych rozważań. Dość jednak powiedzieć, że właśnie 8 marca stwarza im wyjątkową okazję, by się wykazać.

Czy tylko tego dnia dostrzegają w Paniach kogoś więcej, niż tylko przyjaciółki, żony i matki? Z pewnością nie. Ale to właśnie wtedy znajdują w sobie dość odwagi, by publicznie dać wyraz swoim uczuciom, okazać podziw i uwielbienie.

Jeśli więc tego dnia ktoś wręczy mamie kwiaty, ktoś inny zabierze swoją ukochaną na romantyczną kolację, a jeszcze ktoś obdaruje żonę pierścionkiem z diamentem (ot, choćby jednym z tych, które prezentujemy w naszym katalogu) – niech będzie to znak, że jest ona dla niego najważniejsza.

A Święto Kobiet? My obchodzimy je bezustannie. I tego życzymy wszystkim Paniom.

 

Zespół firmy WĘC-Twój Jubiler

 

Zdjęcia na licencji Royalty Free (Photogenica Sp. z o.o.)

 

Categories: Firma, Ludzie | Tags: , , | 1 Comment

Biedermeier – szyk w mieszczańskim stylu

 

Narodziny artystycznych nurtów są zwykle poprzedzane przełomowymi manifestami i kontrowersyjnymi programami. Sztuka to przecież – przynajmniej z założenia – materia rewolucyjna, inspirująca i niosąca ze sobą coś więcej niż kilka rymowanych wersów czy oprawionych w ramy landszaftów. W sztuce istotne jest przesłanie, treść, konkretna odezwa zapisana farbą na płótnie czy wpleciona między zwrotkę i refren poetyckiej ballady. Artyści odkrywają i punktują społeczne problemy, nawołują do zmian, proponują nowe rozwiązania i krytykują utrwalone już wzorce. Tak jak Ludwiga Eichrodt, który w roli bohatera swoich wierszy umieścił Biedermeiera – niemieckiego filistra, mieszczańskiego półgłówka o wyjątkowo ciasnych horyzontach.

Ten – skądinąd – uzdolniony prawnik o poetyckim zacięciu nigdy nie spodziewałby się, że nazwisko stworzonego przez niego bohatera stanie się jednoczesnym określeniem nurtu. A dokładniej – artystycznej konwencji, która narodziła się sama z siebie, nie posiadała bazy programowej i która do dzisiaj (mimo jej mieszczańskiej genezy) kojarzy się ze stylem wytwornym, pożądanym, godnym naśladowania.

 

Mała stabilizacja

Kres napoleońskich podbojów (a więc Kongres Wiedeński) i początek największych w dziejach Europy, społecznych przemian (Wiosna Ludów) – to właśnie te wydarzenia tworzą ramy dla rozwoju stylu Biedermeier. Nurt narodził się i obowiązywał pomiędzy 1815 i 1848 rokiem. Nikt nie pokusił się o spisanie artystycznego manifestu czy o sporządzenie wyznaczników konwencji. Nikt nie nakreślił zasad odnoszących się do sposobu urządzania wnętrz, formowania wierszowanych strof, planowania obrazów czy tworzenia biedermeierowskiej biżuterii. Wielcy myśliciele tego okresu nie zastanawiali się nad artystycznymi kanonami, ale cieszyli z pokoju wynikającego z postanowień wersalskich lub (co było bardzo nie w smak władzy) głośno krytykowali nowy porządek. Środkowoeuropejscy, a zwłaszcza  austriaccy pisarze, malarze i muzycy – pod naciskiem władz – zmuszeni zostali wkrótce do porzucenia wątków politycznych i do skoncentrowania się na tworzeniu sztuki poruszającej bezpieczniejszą, bardziej utylitarną tematykę – wiejską, sielankową czy historyczną. Rosnąca urbanizacją i rodząca się industrializacja sprzyjały z kolei powstaniu nowej, miejskiej klasy średniej, która – tak jak Biedermeier z wiersza  Eichrodta – była (z jednej strony) odrobinę zaściankowa, a z drugiej – rządna nowych wrażeń.

Elegancja mieszczańska

Fot. 1. Elegancja mieszczańska
zdjęcie na lic. CC, autor janwillemsen

Błędem będzie więc stwierdzenie, że biedermeier to nurt charakterystyczny dla całej epoki i – jak na wielkie style przystało – podparty dopracowanym, rewolucyjnym programem. To raczej konwencja oddająca nastroje ówczesnego społeczeństwa. Sztuka stworzona przez mieszczan dla mieszczan i skoncentrowana na funkcjonalnym rzemiośle, które – zgodnie z oczekiwaniami klasy średniej – miało łączyć w sobie przyjemne (a więc estetyczne) z pożytecznym.

 

By żyło się ładniej!

Po upadku Napoleona najprężniej rozwijającym się i najbardziej znaczącym miastem Europy stał się Wiedeń. To tutaj (a dokładniej – wśród bogacącego się, wiedeńskiego mieszczaństwa) na powodzeniu zdobywał Biedermeier.

Skoncentrowany na utylitaryzmie nurt przejawiał się przede wszystkim w meblarstwie i schlebiał gustom coraz bardziej majętnych wiedeńczyków. Wnętrza urządzane w tym stylu uzupełniano wykonanymi z ekonomicznych, dostępnych lokalnie (absolutnie nie importowanych) rodzajów drewna – wiśni, sosny czy dębu. Aby nadać im szlachetnej wymowy, komody czy krzesła wykonywano na wzór klasycznych wzorców – prostych, jasnych, eleganckich, wygodnych, dla komfortu tapicerowanych i dekoracyjnych jednocześnie. Zdobnictwo było jednak podporządkowane użytkowości mebli, które –  w towarzystwie ciężkich zasłon, realistycznych obrazów przedstawiających stonowane krajobrazy, pasiastych tapet czy kwiecistych dodatków – miały tworzyć we wnętrzu atmosferę przyjaznej intymności.

Na tak umiarkowanym tle najmocniej wyróżniały się duże, ciężkie, obowiązkowo złote zdobienia – traktowane przez austriackich czy niemieckich, od niedawna dopiero majętnych mieszczan za najwyższy dowód potwierdzający ich wysoką pozycję społeczną.

 

Wiedeński szyk

Literacki Biedermeier – karykaturalny przedstawiciel pozbawionego ambicji mieszczaństwa – zadebiutował w felietonie wydanym w 1885 roku. Jego publikacja nastąpiła już po Wiośnie Ludów, która uznawana jest za kres tego trudnego do określenia i wyśmiewanego przez ówczesne stany wyższe stylu. Mimo że biedermeier nie był uznawany za nurt wyjątkowy czy godny zapamiętania, meble, akcesoria czy projekty architektoniczne tworzone w zgodzie z jego mglistymi kanonami i łączące w sobie utylitaryzm z estetyką stały się inspiracją dla artystów tak poważanych „frakcji” jak art nouveau czy Bauhaus. Również moda biedermeier – której najbardziej widowiskowymi propagatorkami były dziewiętnastowieczne wiedenki – oparła się krytyce.

 

Bogato zdobione suknie z długimi rękawami, sznurowane gorsety podkreślające smukłą talię i krągłe biodra, głębokie dekolty zasłaniane kaszmirowymi czy koronkowymi szalami i eleganckie pelerynki – konfekcja typowej, biedermeierowskiej mieszczanki nie była już typowo romantyczna i zwiewna. Strój – tak jak dekoracyjne, złote zdobienia wyróżniające się na tle stonowanych mebli – był manifestacją awansu społecznego, próbą skopiowania dworskich trendów i przedstawienia ich w bardziej przystępnej, mieszczańskiej formie. Także mężczyźni ulegli modzie na podkreślanie ubiorem swojej (właśnie zdobytej) mieszczańskiej rangi. Przechadzając się po wiedeńskich, paryskich czy berlińskich uliczkach zadawali szyku we frakach, surdutach, futrach i cylindrach.

Leopold Zielckie - wnętrze w stylu biedermeier

Fot. 2. Leopold Zielecki – wnętrze w stylu biedermeier
zdjęie na lic. GNU

Dopełnieniem takich bogatych, ale jednocześnie estetycznych stylizacji były precjoza – piękne, bardzo dekoracyjne, uznawane dzisiaj za gustowne i wartościowe „antyki”.

 

Mieszczańskie kosztowności

Biżuteria biedermeier – bijąca rekordy popularności na aukcjach internetowych i tak chętnie kopiowana przez współczesnych jubilerów – tylko z pozoru jest masywna, niezwykle kosztowna. Przedstawicielki dziewiętnastowiecznego mieszczaństwa nie mogły sobie pozwolić na zakup królewskich precjozów. Zadowalały się więc naszyjnikami, pierścionkami czy kolczykami z lekkiej blachy wykonanej z mającego zaledwie czternaście czy osiemnaście karatów złota.

Duże, rzucające się w oczy ozdoby uzupełniano turkusami, ametystami czy granatami. Jednak to żółte złoto – ręcznie repusowane – było największym atutem brosz czy kolii. Ponadto, precjoza były bardzo lekkie i wygodne w noszeniu, przez co stanowiły dodatki utylitarne i wygodne, a to przecież na komforcie i użyteczności najmocniej opierał się biedermeier.

Mając na uwadze to, że oryginalne ozdoby wykonane w stylu biedermeier nie mają wysokiej wartości – powinien dziwić fakt, że powstające w latach 1815-1848 kolie, brosze czy pierścionki uznaje się dzisiaj za jubilerskie „białe kruki”. Duży wpływ na taką popularność biedermeierowskich ozdób ma – z jednej strony – precyzja z jaką zostały  one wykonane i – z drugiej – to, że styl dziewiętnastowiecznych mieszczan stał się inspiracją dla kolejnych pokoleń twórców. Poza tym, projekty noszone niegdyś przez wiedeńskie, nowobogackie modnisie są – po prostu – bardzo przyjemne. Harmonijne, wycyzelowane we florystyczne motywy, stwarzające wrażenie ciężkich, ale wygodne i praktyczne kolczyki czy bransolety nie kojarzą się już z mieszczaństwem, ale z dworskim szykiem i elegancją godną najwyższych elit. Cóż, konotacja ta jest błędna. Ale – jeśli nie możemy sobie pozwolić na zakup wykonanej z liczącego 24 karaty złota, wysadzanej diamentami kolii – lekki naszyjnik w stylu biedermeier będzie jej najlepszym, ekonomicznym substytutem.

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Licencje zdjęć:
Fot. 1. Elegancja mieszczańska (zdjęcie na lic. CC, autor janwillemsen)
http://www.flickr.com/photos/8725928@N02/3874510119/sizes/z/in/photostream/
Fot. 2. Leopold Zielecki – wnętrze w stylu biedermeier (zdjęie na lic. GNU)
http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Zimmerbild_83.jpg
 
 
 
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment

Mężczyzna w świecie błyskotek

 

Elegancki mężczyzna powinien raczej stronić od błyskotek, a swoje biżuteryjne zapędy ograniczać do dobrego zegarka, obrączki, gustownych spinek do mankietów, nienachalnej spinki do krawata i – opcjonalnie – niewielkiego sygnetu. Tak przynajmniej określają męski wygląd współczesne zasady dress code. Sęk w tym, że ubraniowy savoir-vivre rzecze jedno, a ewolucja i tak robi swoje i zatacza kolejne koło. Bo prawda jest taka, że mężczyźni kochają błyskotki! Tyle tylko, że aby się ozłocić – potrzebują naprawdę solidnej wymówki.

Panowie raczej niechętnie noszą biżuteryjne dodatki. Wszystko z obawy o to, że zostaną posądzeni o próżność i nadmierne skupianie uwagi na własnym wyglądzie. Mowa tu oczywiście o mężczyznach (mówiąc w telegraficznym skrócie) stereotypowych – takich, jakich widujemy codziennie w pracy czy na ulicy. Zupełnie inną filozofię wykorzystania błyskotek w męskich stylizacjach wyznają gwiazdy – filmu, muzyki czy sportu.

 

Gentelman w klasycznym wydaniu

Fot. 1. Gentelman w klasycznym wydaniu
zdjęcie na licencji CC, autor – Paul Stevenson

 

Rockmeni, muzycy hip hopowi, zbuntowani aktorzy czy umięśnieni piłkarze otwarcie kochają biżuteryjne dodatki i suto obwieszają się łańcuchami (najlepiej ciężkimi, złotymi i ozdobionymi gigantycznymi zawieszkami), kolczykami, bransoletami, sygnetami czy pierścieniami. Im więcej – tym lepiej, bo w światku sław duża ilość drogocennej, noszonej przez mężczyznę biżuterii jest nie tylko modna, ale i świadczy o osiągniętym sukcesie, potwierdza wspięcie się na kolejny szczebel kariery, potwierdza kojarzoną z wysokimi dochodami popularności.

Raperzy, muzycy czy sportowcy – jakby tego było mało – nie tylko noszą, ale i projektują biżuteryjne, męskie dodatki. O ich jakości nie ma sensu się wypowiadać. Warto natomiast zauważyć, że męskie uwielbienie dla błyskotek nie jest niczym nowym. To raczej powtórka z rozrywki i dowód na to, że ewolucja zatacza koło. Bo dawno, dawno temu, kiedy nasi praprzodkowie zabrali się za wykonywanie prymitywnych naszyjników czy spinek z muszelek, piór i kamyków, biżuteryjnych, cieszących oko dodatków nie nosiły panie, ale ich partnerzy.

 

Powtórka z historii

Dlaczego prehistoryczna biżuteria była przeznaczona głównie dla panów? To proste! Świecidełka, cacuszka czy piękne muszelki i kamyki uznawano za drogocenne skarby, a skoro w dawnych plemionach panował patriarchat – to właśnie panowie obwieszali się prowizorycznymi koralikami i w ten sposób manifestowali swoją władzę i bogactwo.

Do swoistego wyrównania szans w walce o błyskotki doszło dopiero w świecie antycznym. W starożytnej Grecji biżuterię nosiły i kobiety, i mężczyźni. W Rzymie – szala przechyliła się na korzyść płci pięknej. W Egipcie natomiast, najsłynniejsze wyroby – złote naszyjniki czy ciężkie bransolety wysadzane kosztownymi kamieniami – powstawały za panowania faraonów. To właśnie z myślą o władcach pokroju Tutenchamona tworzono te niezwykłe i zjawiskowe (zarówno z jubilerskiego, jak i historycznego punktu widzenia) cudeńka i to męscy władcy – chcąc podkreślić swój prestiż – najchętniej je nosili, co doskonale współgrało z mocnym, praktykowanym także przez panów makijażem.

 

Dużo czy za dużo

Fot. 2. Dużo czy za dużo?
zdjęcie na lic. CC, autor bobbi vie

 

W średniowieczu – tylko pozornie – zapanował biżuteryjny mrok. Tak naprawdę asceza dotyczyła jedynie niektórych elementów życia, a najbogatsi i możnowładcy oddawali się pokucie i wyzbywali ziemskich zbytków tylko na pokaz. W media tempora biżuteria ponownie przewidziana była przede wszystkim dla panów – królów czy zasłużonych w walce rycerzy.

W epoce renesansu biżuteria wyemigrowała z dłoni i nadgarstków  po to, by zadomowić się w szafach ówczesnych trendseterów – jako integralna część ubioru. Zarówno panie jak i panowie rozmiłowali się w długich, wyjątkowo zdobnych naszyjnikach, które noszono wówczas w towarzystwie strojnych żupanów, obcisłych sajanów i krótkich, męskich spódniczek.

Wspomniany żupan przetrwał zresztą do baroku, gdzie – w męskim stroju – pojawiał się w zestawie z kontuszem, delią i bogato zdobionymi, futrzanymi czapami i kolorowymi butami. Za dodatki służyły orientalne szable i pasy suto wysadzane błyszczącymi klejnotami. Całość uzupełniały długie włosy misternie skręcone w pukle, a później peruki – najmocniej promowane przez Ludwika XIV, jednego z największych modnisiów w historii.

Prawdziwe apogeum męskich błyskotek przypadło na XVI i XVII wiek, kiedy to polska szlachta obwieszała się ciężkimi łańcuchami, a na palce zakładała zdobne sygnety. W tym czasie faworyt króla Jakuba I – legendarny George Villers – zachwycał dwór swoimi brylantowymi kolczykami oraz kapeluszami ozdabianymi sznurami pereł i strojnymi kokardami.

Łańcuszki, łańcuchy i przykuwające wzrok broszki były integralną częścią męskiego stroju jeszcze w wieku XIX. Wtedy uwielbiali je przede wszystkim modni dandysi, a u progu wieku XX – honoru męskiego strojnisia bronili głównie indyjscy maharadżowie, którzy upatrzyli sobie przede wszystkim dzieła słynnego Cartiera (paryski jubiler, przygnieciony gigantyczną liczbą zamówień, zdecydował się nawet założyć w Indiach filię swojej firmy!).

 

Męski zegarek - wersja mobilna

Fot. 3. Męski zegarek – wersja mobilna
zdjęcie na lic. CC, autor – thelampnyc

 

W tym czasie, w zachodnim świecie biżuteria męska odchodziła do lamusa, a błyskotki wszelakie stały się głównie damską domeną.  Podręczniki savoir-vivre jasno określały, że obwieszony łańcuchami, kolczykami czy bransoletkami pan to kwintesencja złego stylu, a jubilerzy patrzyli na męskie, biżuteryjne dodatki z dystansem. Do czasu…

 

Mężczyzna współczesny – mężczyzna ozłocony

Kanony się jednak zmieniły, a historia mody zatoczyła kolejne koło. Dzisiaj, udział biżuterii męskiej w rynku złotniczym kształtuje się na poziomie 20 procent.  Panowie coraz częściej sięgają po klasyczne spinki, gustowne zegarki i bransolety. Idąc za modą płynącą z Hollywood – chętniej także zakładają na siebie grube, ciężkie, złote łańcuchy. O ile te ostatnie mogą nie wszystkim przypaść do gustu, to dobry zegarek czy klasyczne zapinki do mankietów jeszcze długo będą synonimem biznesowej elegancji. A przy okazji – będą zgodne z szeroko rozumianym bon ton!

Według najwyższej rangi specjalistów – znawców protokołów dyplomatycznych, kodeksów postępowania i rozlicznych kanonów – prawdziwie elegancki mężczyzna powinien porzucić łańcuchy noszone na szyi czy ciężkie bransoletki, które kojarzone są powszechnie z przedstawicielami półświatka. Warto także zrezygnować z ozdób na dłonie – na dyspensę (obok dyskretnego łańcuszka z krzyżykiem lub z medalikiem) zasługuje w tym wypadku jedynie ślubna obrączka i symboliczne pamiątki (na przykład sygnety rodowe). Kolczyk w uchu to zbrodnia najwyższego kalibru – mężczyzna, który preferuje takie luźne ozdoby raczej nie zdobędzie uznania wśród panów o konserwatywnych gustach. Także zbyt zdobne guziki przyszyte do płaszcza czy marynarki mogą być uznane za wyraz próżności i niemile widzianego uwielbienia dla zbytniego epatowania bogactwem. Nadmiar biżuterii w męskim wydaniu nie jest bowiem w sferach dżentelmenów kojarzony (jakby tego chcieli amerykańscy raperzy czy niepokorne gwiazdy rocka)  z luksusem, ale z brakiem gustu i pierwotną wulgarnością lub – w najlepszym wypadku – z symbolem przynależności do jednej z młodzieżowych subkultur.

Obrączka zawsze na tak

Fot. 4. Obrączka? Zawsze na tak!
zdjęcie na lic. CC, autor – nettsu

Bo męska, biżuteryjna elegancja jest zawsze pożądana. Pod warunkiem, że jest dyskretna. Przesada jest faux pas! Dlatego, każdy elegancki pan – zwłaszcza ten stawiający dopiero pierwsze kroki w świecie biżuteryjnych arcydzieł – nie powinien cofać się do prehistorii, a pójść zgodnie z postępem ewolucyjnym: postawić na dobry zegarek i eleganckie spinki do mankietów, a za resztę przeznaczonych na jubilerskie zakupy pieniędzy nabyć (bez chwili wahania) biżuterię dla bliskiej jego sercu kobiety.

 

Tekst: Anna Kunicka

 

Zdjęcia:

Fot. 1. Gentelman w klasycznym wydaniu (zdjęcie na licencji CC, autor – Paul Stevenson)
http://www.flickr.com/photos/pss/1273539047/sizes/z/in/photostream/
Fot. 2. Dużo czy za dużo? (zdjęcie na lic. CC, autor bobbi vie)
http://www.flickr.com/photos/bobbivie/9381596325/sizes/c/in/photostream/
Fot. 3. Męski zegarek – wersja mobilna (zdjęcie na lic. CC, autor – thelampnyc)
http://www.flickr.com/photos/thelampnyc/3744462040/sizes/z/in/photostream/
Fot. 4. Obrączka? Zawsze na tak! (zdjęcie na lic. CC, autor – nettsu)
http://www.flickr.com/photos/nettsu/5091696257/sizes/z/in/photostream/
Categories: Firma, Ludzie, Porady | Tags: , , | Leave a comment